Krasula, Malina i ta trzecia

Zwykły wpis

Z daleka już było słychać pokrzykiwanie gospodyni. Z daleka to znaczy zza rampy oddzielającej las od reszty świata. I te pokrzykiwania, i połajanki były zapowiedzią, że nozdrza znów wypełni zapach pradawnych wypraw z czasów, kiedy sukienki sięgały pępka. Więc gdy nareszcie wkroczyły na polanę, przyniosły ze sobą mleczny zapach i ciepło stajni. W asyście Burka i tej kobiety, co pachnie tak samo jak one, szły na wieczorny wypas. Zaledwie stanęły na polanie zaczęły gryźć trawę z taką łapczywością jakby jej miało braknąć. Trafiały w miejsca te przedwczorajsze, omijając tamte z wczoraj, wygryzione i jeszcze nieodrosłe. Krasula najpierw mlasnęła jęzorem tam, gdzie spod ziemi bije źródło, zaś gospodyni nawoływała ją i nawoływała, by szła dalej, za całym korowodem. Ta, zaledwie ruszyła, skręciła ku potokowi – najwyraźniej mocno spragniona. I gospodyni wołała Krasula i wołała, a ona nic sobie z tego nie robiła. Zdarzyło się, że zawołała: Malina, bo i Malina brykała. Ale ani razu nie zawołała tej trzeciej. Ona – ta trzecia, chuda jak chabeta – musiała być już stara i pewnie mało co ją w życiu może zaskoczyć, a i ucieszyć, więc szła przy nodze gospodyni jak pies, roznosząc dostojnym, miarowym krokiem zapach i ciepło stajni.

Słońce powoli zmierzało za górę. Strumień, który od prawieków rozdziela wzniesienia, jakby cichł wraz z narastającym zmierzchem. Przez cały dzień, zwłaszcza w momentach, kiedy promieniom słonecznym udawało się dotrzeć do rozpadliny wydłubanej w ziemi przez wodę, pluskał się w blaskach i refleksach, przelewał między głazami. tworzył kaskady i pędził od skały do skały, by wreszcie spaść wodospadem. Może i on na równi z całym lasem czekał na woń, którą przyniosą Krasula, Malina i ta trzecia wraz z gospodynią? Przez cały dzień kłębił się w lesie zapach upału. Duszny i zmiksowany – wszystkiego po trochu. Delikatnym powiewem wiatr wtłaczał ten duszny zapach w każdy zakątek i tylko nie mógł się z nim wedrzeć w strefę strumienia. Bo tam wszystko miało swój aromat. A i temperatura była nie taka jak gdzie indziej. Tam, pomiędzy skałami karpackiego fliszu, klimat jest nieco inny, oderwany od rzeczywistości letniej spiekoty. Dlatego ten potok jest najlepszym lekarstwem na upał i nawet Krasula o tym wie. Kiedy Krasula pasła się koniczyną, której liczyłam listki zaledwie chwilę wcześniej wylegując się na tej naszej wspólnej łące, patrzyła mi w oczy, jakby chciała powiedzieć: rezerwuję dla siebie, to moje, nie zjedz mi tej koniczyny. No, jak sobie pojem i jak się napiję, to chętnie się obok ciebie położę… Jednak musiała iść dalej, bo głos gospodyni był natarczywy. A ja przewróciłam się na plecy i obserwowałam jak przyroda doskonale sobie radzi we wszelkich niedostatkach. Patrzyłam na te trzy buki, które rosną przytulone do siebie na skraju skarpy, w cieniu góry wznoszącej się z drugiej strony strumienia i za plecami niebotycznych świerków, a może jodeł, buki, które rozpostarły swoją koronę tylko od strony polany. Ich konary są nienaturalnie rosłe, jakby powetowały sobie niemożność rozgałęzienia się na inne strony. I tamten buk, myślałam, który się zasiał bezpośrednio nad potokiem, w strefie cienia; kiedy tylko zajrzało tam słońce, a ja siedziałam jeszcze mocząc nogi w lodowatej wodzie i wszystko to widziałam, i jeden z jego konarów – cienki co prawda, więc elastyczny i giętki – nachylał się płynnym ruchem do światła i odwracał liście w stronę słońca, by przez ten krótki moment złapać jak najwięcej ciepła i blasku, bo na następną okazję znów będzie musiał czekać 24 godziny.

Przyjeżdżamy tam po to, by uciec przed upałem. Dlatego najpierw mościmy się w korycie potoku, pomiędzy górami,w głębokiej szczelinie w ziemi, wśród skał. Gdy słońce obróci się tak, że już nie ma szans, by zajrzało w nurt rwącej, lodowatej wody, wychodzimy na polanę, bo ta nie straciła jeszcze ciepła. Ale, gdy zbliża się gospodyni z Krasulą, Maliną i tą trzecią widomy to znak, że zaraz i na polanie zrobi się zimno, tak zimno, że zaczną nami wstrząsać dreszcze. Ruszamy więc do miasta. A tam skwar, jakby upał wrócił z lasu przed nami.

Wakacje Maleńkiej Wnuczki

Zwykły wpis

Maleńkiej Wnuczce, zanim ją można było wpuścić pod prysznic, trzeba było odmoczyć i wyszorować nogi w misce. Przyjechała przed południem z nogami szczęśliwego dziecka. Cała była szczęśliwym dzieckiem, ale jej nogi najbardziej. Wszystko podskakiwało i podrygiwało w niej, jakby się spodziewało, że za górami czekają na nią gorące rytmy Świata pod Kiczerą. Ciało wprawione w radosny ruch i mowa przywiązana do kołowrotka to pierwsze wrażenie jakie ze sobą wniosła do naszego domu i pozwoliła mu trwać w podróży za góry. Na kiepurowskiej scenie krynickiego deptaku działy się rzeczy, które spowodowały, że owszem, zaniemówiła na długą chwilę, ale z kolei jej ciało poddało się rytmom ludowej muzyki z całego świata. Nic sobie nie robiła z tłumów pod sceną, wirując pomiędzy Starym Domem Zdrojowym a nową Pijalnią. Niektóre wczasowiczki też wiele sobie nie robiły z obecności innych ludzi i roznegliżowały się do naciągniętych, gumowych staników, posiadających rodowód  zapewne z czasów komuny.

Był moment, że Maleńka Wnuczka usiadła ze mną tuż przed sceną na rozgrzanym bruku a ja poczułam się już trochę jak na własnych wakacjach, a nie jak na wakacjach Maleńkiej Wnuczki. Choć pewnie bez niej nie siedziałabym na ziemi w centrum Krynicy-Zdroju. Świeciło na nas słońce i obie nic sobie z tego nie robiłyśmy, choć przecież obie nie znosimy takiego stanu. Ona miała choć czapkę z daszkiem, którą raz używała zgodnie z przeznaczeniem, by za chwilę zrobić z niej wachlarz. Myślę, że bardziej od gorąca i bezruchu znużyła ją niemożność mówienia, bo kołowrotek mowy wprawiony w ruch musiał się kręcić i może myśl zaczęła jej się plątać jak nitka prząśniczki, która się zagapiła? W każdym razie w pewnym momencie podjęła decyzję, że dość i ruszyliśmy dalej, choć przecież tak bardzo podobały jej się występy, tak klaskała, wołała WOW! i podnosiła kciuki w górę. Pewnie, gdyby nie ona, to członkowie zespołów z różnych stron świata pomyśleliby sobie, że jakaś drętwa publiczność im się trafiła. Bo nawet wywiązał się konflikt między kuracjuszami z ławek z prawej strony a tymi podchodzącymi  coraz bliżej sceny i stojącymi tam niczym kołki w płocie, bo ci co wchodzili i stali zasłaniali tym, co siedzieli i tamci podobno nic nie widzieli. Jedna starsza kuracjuszka z czymś dziwnym na głowie, co miało ją zapewne chronić od słońca bardzo bojowniczym krokiem podeszła do tych stojących i kazała im odejść albo usiąść na ziemi, pokazując przy tym na nas – tzn. na mnie i na Maleńką Wnuczkę, choć my siedziałyśmy przed lewym rzędem ławek. Konferansjer usiłował wprowadzić porządek, którego domagali się siedzący w ławkach po prawej kuracjusze i powiedział: rower też proszę odsunąć, na co leciwy człowiek na rowerze zawołał: – Dziadkowi na rowerze trzeba bić brawo! Konferansjer jak wchodził na scenę to bardzo dziękował władzom miasta i wszystkim świętym i chyba więcej czasu poświęcał na te podziękowania, niż na istotne wiadomości, ale powiedział, że zespół z Kostaryki jechał do Krynicy ponad 70 godzin. Lecieli samolotem, mięli kilka międzylądowań i na jednym, w Amsterdamie, obsługa lotniska wstrzymała lot do Warszawy z powodu silnego wiatru i burzy i dla tych, którzy koniecznie chcieli podróżować dalej, podstawiono autobus. Autobus zamiast samolotu! No i zespół dotarł na czas, ale bagaże ze strojami regionalnymi i instrumentami zostały w innym samolocie, pod który nie podstawiono autobusu, więc bagaże nie dotarły z zespołem do Krynicy-Zdroju na czas. Ta informacja bardzo się spodobała Maleńkiej Wnuczce i może dlatego bardziej oklaskiwała zespół z Kostaryki od innych zespołów i wciąż im pokazywała lajki obydwoma kciukami podniesionymi do góry. Na szczęście nie wszyscy członkowie zespołu byli bez strojów i młode dziewczęta wirowały w tańcu unosząc jak wachlarze swoje okrągłe, falbaniaste spódnice. Znudzili ją Czesi, choć stwierdziła, że skądś zna tę ich gadkę. 😉

Fajne były występy i Pijalnia była fajna, a zwłaszcza kwiaty w pijalni. Fajny tłum turystów i kuracjuszy. I tyle fajnych straganów z takimi fajnymi rzeczami. Mostek fajny, prawie jak w Piwnicznej. Od pomnika Mickiewicza fajniejsze były pluszowe jednorożce, które można wynająć na przejażdżkę lepszą niż koniem bujanym. No, pomnik Nikifora był fajny, bo to był pomnik pana z psem, a pan dodatkowo trzymał w ręku pędzel. I fajne kwietniki w kształcie zwierząt. I dmuchany balon, taki olbrzymi, też fajny. Takiej fontanny, jak ta w parku przy deptaku, to Maleńka Wnuczka jeszcze nie widziała. I szkoda, że słońce odbijało się w szybie i nie było widać gejzerów wody mineralnej zamkniętej w kapsule blisko pijalni, ale na pewno to wygląda fajnie, ale te barierki ochronne są naprawdę fajne. I fajnie domy są wybudowane na stoku góry, a ulica jest w połowie tej góry. Ale najfajniejsze były wachlarze i paletki do tenisa z piłką na gumce, że można obijać samemu a piłka się wraca. Lody były Oooo! Bardzo dobre!, a rurka miała śmietaną bardziej bitą niż wszystkie jakie Maleńka Wnuczka do tej pory jadła. Po soku, lodach, siedzeniu na ziemi i rurce z bitą śmietaną buzia i rączki Maleńkiej Wnuczki robiły się coraz bardziej szczęśliwe, ale nóg w szczęśliwości nie dogoniły.

Druga strona góry

Zwykły wpis

Przez pomyłkę wsiadłam do autobusu, który jechał do całkiem innych marzeń. Kiedy się zorientowałam, że zjechał z drogi, w pierwszym odruchu chciałam wstać i wołać: STOP! WYSIADAM!, ale ostatecznie pomyślałam, że przecież mogę zobaczyć drugą stronę góry, więc poddałam się zbiegowi okoliczności. Droga na drugą stronę góry wiadomo – trwa ze trzy dni, wszak Mniejszy Brat określił niegdyś tę odległość i czas. Miałam akurat trzy dni na tę podróż, a nawet gdyby się okazało, że mam ich mniej niż pomyślałam, to przecież nie będę żałować tego, co może mnie spotkać. Więc autobus jechał dorodną wiosną wprost w ramiona zbliżającego się lata. Bzy już nie kwitły, za to zapach jaśminów unosił się mleczno-białą mgłą. Trasa wiodła przez wąski tunel. Tunel był tak wąski, że ktoś musiał kierować ruchem, by przypadkiem w środku nie spotkały się dwa pojazdy jadące w przeciwnym kierunku. Obok kierowcy siedział maleńki człowieczek, chudziuteńki i pomarszczony jak skandynawski troll i to on wyskoczył z autobusu, pobiegł na krzywych, krótkich nóżkach przed tunel, postawił znak, który miał za zadanie poinformować nadjeżdżający z przeciwka pojazd, że właśnie w tunelu znajduje się jedna maszyna, przybiegł z powrotem i wskoczył do autobusu. Widziałabym wszystko bardzo wyraźnie, gdybym nie zajęła się oglądaniem stada krów kroczącego wąską ścieżką w dół góry, za którą zabierał mnie autobus. Śmiesznie to wyglądało, bo nigdy nie widziałam krów idących gęsiego. Chyba wracały z pastwiska, bo tam dokąd szły, nie było łąki. Ale autobus już wjechał w tunel i na krótką chwilę zniknęło światło, a kiedy się pojawiło z powrotem, autobus wspiął się pionowo do góry. Jakby jakiś wielkolud złapał za przedni zderzak i uniósł wielką machinę do góry zostawiając ją zaledwie na tylnych kołach na ziemi. Zaczęliśmy mozolnie wspinać się na sam szczyt góry. Mijaliśmy wolnostojące domy i sklepy. Sklepów było dużo, o wiele za dużo. W każdym z nich można było kupić mleko prosto od krowy i była chwila, w której przemknęła mi przez głowę myśl, że te krowy wracały z południowego udoju i szły ścieżką do drogi prowadzącej do innej części miasta, do sklepów przed tunelem, by i je zaopatrzyć w świeże mleko.

W autobusie dzieci śpiewały wyliczankę. A kiedy się pomyliły, łapały się obiema dłońmi za usta i śmiały, śmiały, i śmiały tak długo, że i ja musiałam roześmiać się w głos. Kiedy się śmiałam, chłopcy łobuzersko puszczali do mnie oko i podnosili kciuk w górę, a dziewczynki zachowywały się tak, jakby zobaczyły koleżankę, która wyprowadziła się jakiś czas temu i wraz z jej odejściem od razu o niej zapomniały i teraz właśnie sobie o niej przypomniały. Gdyśmy się tak śmiali, tzn. ja i dzieci, a autobus wspinał się stromą drogą pod górę, by zawieźć wszystkich na jej drugą stronę, nagle przez otwarte okno wskoczył do autobusu czarny jak węgiel kos z beżowym dziobem. Chyba żaden pasażer nie zauważył, przez które okno wskoczył, bo oba okna były otwarte. Tzn. i to od strony kierowcy, i to od strony maleńkiego człowieczka, chudziuteńkiego i pomarszczonego jak skandynawski troll, bo obaj wystawiali za okna swoje łokcie, więc oba były otwarte. I wtedy uprzytomniłam sobie, że przecież ja znam obu tych panów, bo jak zawsze w takiej sytuacji od samego początku miałam wrażenie, że znam wszystkich znajdujących się w autobusie, znam drogę, siedzenie, na którym usiadłam, wszystko już kiedyś widziałam i tylko nie mogłam uporządkować następujących po sobie zdarzeń, bo w mojej głowie w miejscu, w którym powinna znajdować się komoda z szufladami na pamięć, hulał wiatr. Im intensywniej usiłowałam sobie przypomnieć, tym bardziej nie pamiętałam, a cały wysiłek przypomnienia jakoś dziwnie koncentrował się w… moim łokciu. Akurat siedziałam po tej samej stronie autobusu, po której siedział maleńki człowieczek, chudziuteńki i pomarszczony jak skandynawski troll. Autobus zatrzymywał się na nielicznych przystankach, ale nikt nie wsiadał ani nie wysiadał. Ostatnim pasażerem, który wsiadł, był ów kos o barwie smolistej, ale tak naprawdę on nie wsiadł tylko wleciał i nie pamiętam czy było to na, czy pomiędzy przystankami. Rozsiadł się w fotelu jak prawdziwy pasażer. Kręcił łebkiem na prawo i lewo, może wypatrując celu. Ponieważ nikt w autobusie się temu nie dziwił, więc i ja udawałam, że jest to najnormalniejsze w świecie zdarzenie. W końcu autobus wspiął się na sam szczyt góry i zaczął jeździć w kółko jak wariat, aż wyjeździł okrągły zajazd – całkiem taki sam jakie znajdowały się przed dworami w minionych wiekach i tylko wewnątrz nie było klombu ani krzewów. Za każdym razem, gdy od mojej strony widać było drugą stronę góry, kierowca zwalniał i pytał: napatrzyła się pani już, bo przecież trasa tędy nie wiedzie i przyjechałem tu tylko dlatego, żeby zobaczyła pani drugą stronę góry. A ja… a ja uświadomiłam sobie, że nie wzięłam z domu okularów i jedyne co mogłam dostrzec to to, że druga strona góry wcale nie jest drugą, że jest po prostu stroną, może nawet pierwszą… na pewno bardziej słoneczną. Ale bez okularów, w oślepiającym słońcu i tak mało co widziałam. I będę musiała jeszcze raz pomylić autobusy, ale dopiero wtedy, kiedy będę pewna, że mam okulary. A może nie są mi potrzebne?

Poważne nadużycie

Zwykły wpis

Kiedy moja 18-letnia, chora na genetyczną chorobę córka płacze, nie jest to płacz spowodowany ograniczeniami jakie nakłada na nią postępujące, niewidoczne gołym okiem inwalidztwo, bólem czy niedogodnościami, które – wierzcie mi – nie powinny być udziałem nastolatki. Do łez doprowadzają ją ludzie, którym nikt nie powiedział skąd i jak pobiera się aplikację z empatią. W sumie można by wgrać najprostszą wersję, ale nie, niektórzy wolą funkcjonować całkiem bez, choć mają wypasione modele smartfonów z certyfikatami wyższych uczelni medycznych czy pedagogicznych.

Z własnego doświadczenia wiem, że nawet bliskim trudno jest zmierzyć się z czyjąś chorobą, przyjąć ją z człowiekiem i w człowieku, spojrzeć nagiej prawdzie w oczy. Zdecydowana większość ludzi ucieka, unika spotkań, nie wie co powiedzieć, jak się zachować. Z zachowań najlepiej wychodzi negacja, niedowierzanie, lekceważenie (choroby i w konsekwencji chorego, bo przecież człowiek z chorobą w dalszym ciągu pozostaje tym samym człowiekiem, zaś choroba nabiera cech człowieka, w którym utkwiła). Nierzadko zdarza się też i wyśmiewanie. Spotkałam wiele zachowań i reakcji.

Ale gnębienie kogoś dlatego, że jest chory, a jego choroby nie widać, bo kryje się we wnętrzu jego ciała? Gnębienie i nastawianie innych przeciwko choremu w sytuacji, kiedy powinno się być opoką i tym, kto z założenia ma nieść pomoc?

Samej trudno mi pogodzić się, a już zrozumieć wcale, gdy słyszę ordynatora oddziału szpitalnego mówiącego do swojego medycznego personelu, że chory zmyśla i gra, więc jak mam to zachowanie wytłumaczyć chorej córce, która płacze?

Nie wiem, co myśleć o nauczycielu, który wykorzystuje rówieśników do gnębienia chorej koleżanki i rozgrywa życie młodej osoby, jakby chodziło o pstryknięcie palcami, zaś sam zamienia się w machinę do unicestwienia nadwątlonego bólem ciała i psychiki?

Więc mówię do mojej córki, że myślę, że wobec niektórych po prostu nadużyto słowa człowiek. 

Nie epatuję moją chorobą ani chorobą mojego dziecka. To, o czym zazwyczaj piszę – ból, który przywołuję, różne doświadczenia sprawiające, że życie jest bardziej niż przykre, to zaledwie czubek góry lodowej wszystkiego czym jest ta (i każda inna) choroba. Jeśli ktoś ma problem z przyjęciem tego do wiadomości, to… to naprawdę jego problem. Jednak, zważywszy na tępotę niektórych, wszystko co robię dla uświadomienia, że chory i niepełnosprawny to nie zawsze wykręcony jak po chorobie Heingo-Medina, plujący się i robiący pod siebie przykuty do wózka inwalidzkiego umysłowy imbecyl (nie obrażam chorych, usiłuję poruszyć sumienia ślepych, głuchych i nieczułych czyli tych zdrowych inaczej) okazuje się być niewystarczające, więc będę to robić i robić, póki mi życia starczy.

Kiedy widzisz uśmiechniętą osobę nawet nie zdajesz sobie sprawy, że każdy uśmiech może spowodować wywichnięcie szczęki. I co, ma się nie uśmiechać?

Kiedy widzisz kogoś siedzącego w kinie czy restauracji nie masz pojęcia, że każda próba poprawienia się na siedzisku krzesła może spowodować wywichnięcie biodra, wypadnięcie dysku międzykręgowego itp. Co twoim zdaniem ta osoba miałaby robić? Siedzieć w domu? Sam widzisz niedorzeczność – siedzieć. Leżenie bywa gorsze. No, jeszcze w drodze do kina czy restauracji może się kilkanaście razy skręcić noga w stawie skokowym, może wypaść rzepka i to nie jeden raz. Myślisz, że taka dyslokacja stawu nie boli, albo że do bólu można przywyknąć? Błędne myślenie. Za każdym razem boli jak jasna cholera. Ale z tym bólem jakoś można się uporać. Nie da się zlikwidować bólu, który ty zadajesz swoimi wątpliwościami lub niestosownymi komentarzami.

Czy, gdybyś wiedział, że każdy posiłek może spowodować skręt kiszek i śmierć w męczarniach, to byś nie jadł? Gówno prawda, nie oparłbyś się nawet najciężej strawnej potrawie, jeśli tylko byłoby to twoje ulubione danie.

Itd., itp.

Bo życie jest po to, żeby je przeżyć, a nie żeby się o nie trząść i pielęgnować je w łóżku. Do łóżka kładzie się z gorączką lub całkowitą niemocą. Dopóki można czerpać z życia nawet maleńką miarką, to czerpie się jakby brało się garściami. Jedynie dokonuje się wyboru, dopóki tylko choroba pozwala wybrać, co się zrobi, a z czego się zrezygnuje.

Jeśli jesteś zdrowy i nie potrafisz tego zrozumieć, jeśli myślisz, że chory musi być zamknięty w domu, to masz straszny problem z tym swoim wypasionym modelem smartfona, na którego nie umiesz zainstalować sobie apki z empatią. Popracuj nad sobą, a nie oczekuj, że chorzy zamkną się w getcie twojego ciasnego myślenia i braku miłosierdzia.

Cała prawda o ZHP Chorągwi Krakowskiej

Zwykły wpis

Od 36 lat jestem instruktorem Związku Harcerstwa Polskiego. W czasie, gdy wychowywałam własne dzieci i miałam trudności rodzinne musiałam przerwać moją służbę, co świadczy raczej o odpowiedzialności niż o jej braku.

Moja harcerska osobowość ma wielu ojców, ale matkę tylko jedną. Jest nią śp. harcmistrzyni Barbara Panasiowa – legenda gorczańskiego harcerstwa, przez niegdysiejszą przynależność Hufca Gorczańskiego do struktur byłej chorągwi nowosądeckiej Druhna Panasiowa stała się również legendą harcerstwa sądeckiego. To ona pokazała mi czym tak naprawdę jest harcerstwo z jego najgłębszymi wartościami ogólnoludzkimi, braterstwem, przyjaźnią, czarem harcerskiego ogniska w kręgu, blasku i cieple którego zapewnienia o braterskiej pomocy, współpracy i przyjaźni głębiej i trwalej wrastają w człowieczy charakter, serce i duszę, czyniąc go niezłomnym w postanowieniach, niezawodnym w służbie, solidnym w pracy.

Jestem instruktorem Hufca Nowy Sącz, pracuję obecnie w strukturach statutowych Chorągwi Krakowskiej. Niech nikt nie pomyśli szablonem: że pracuję tzn. jestem zatrudniona. Praca w ZHP w zdecydowanej większości przypadków opiera się na pracy w wolontariacie. Kiedyś było wiele etatów, dziś tylko nieliczne funkcje są jednoznaczne z pracą na etacie – np. komendant chorągwi (to jak prezes zarządu wojewódzkiego). Niewtajemniczonym w struktury i historię ZHP wyjaśnię, że jest to organizacja z ponad 100-letnim doświadczeniem w działaniu o ogólnopolskim zasięgu (dlatego oddzielnie mówi się i obchodzi rocznicę powstania harcerstwa na ziemiach polskich i powstania organizacji, tj. Związku Harcerstwa Polskiego – wróć do historii Polski z początku XX w. 😉). ZHP w swej strukturze dzieli się na jednostki wojewódzkie (chorągwie) i te posiadają osobowość prawną (wpis do Krajowego Rejestru Sądowego), jednostki powiatowe (hufce) bez osobowości prawnej i do tego szczebla istnieją tzw. zarządy czyli komendy. Dalej są szczepy, drużyny harcerskie i gromady zuchowe podzielone na zastępy i szóstki no i ta mrówka, czyli harcerz (zuch). Najważniejsze ogniwo Związku Harcerstwa Polskiego.

Istnieje w ZHP niepisana umowa, że hufce nie wchodzą  na teren innych hufców z organizowanymi przez siebie imprezami, szczególnie z wypoczynkiem letnim i zimowym (w skrócie HALiZ), żeby nie „podbierać” sobie uczestników czyli dzieci i młodzieży. Cóż, kiedy zdarzają się organizatorzy tak niezwykłych obozów, że pocztą pantoflową rozchodzi się po całej Polsce informacja jak super jest na tych obozach organizowanych przez te konkretne osoby i jakoś tak jest, że uczestnicy zjeżdżają się z różnych stron kraju. Takie obozy organizowała Druhna Panasiowa – pamiętam, przeżyłam, doświadczyłam. W końcu rodzice mają prawo wyboru i to oni decydują gdzie i pod czyją opieką wyślą swoje dziecko na letni wypoczynek i niepisana umowa wewnątrz struktur organizacyjnych ZHP ich nie dotyczy.

Na pierwszy w moim życiu obóz harcerski organizowany przez Druhnę Panasiową trafiłam nie będąc harcerką. Przyjechałam jako tzw. osoba niezrzeszona. Dh. Panasiowa zawsze mówiła: każde dziecko ma prawo do wychowania do wartości, a my instruktorzy harcerscy mamy obowiązek te dzieci przygarnąć pod skrzydła swojej organizacji, niekoniecznie robiąc z nich na siłę harcerzy, a tylko pokazując im wspaniałości i czary wyczarowywane dymem z ogniska i ulatującymi w niebo iskrami, zachęcić do tego, by chciały zostać w harcerstwie i podjąć się niełatwej drogi samodoskonalenia i służby dla innych. No, tak mniej więcej to brzmiało. Przynajmniej tak to we mnie przetrwało.

Od dziesięciu, a może i jedenastu lat nieprzerwanie organizuję letni wypoczynek dla dzieci i młodzieży. Oczywiście nie robię tego sama (tak samo jak Druhna Panasiowa samodzielnie nie organizowała obozów), bo tylko praca w zespole w tym wypadku wchodzi w grę, ale będę wyrażała się w liczbie pojedynczej, choć już teraz wywołam i przywołam Paseczka.

Żeby zorganizować taki wypoczynek trzeba spełnić wiele wymagań i robić to zgodnie z przepisami państwowymi i wewnątrzorganizacyjnymi (ZHP), co oczywiście czynię. Trzymam się też zasady, by nie wchodzić rodzimemu hufcowi w paradę i nie podbierać harcerzy, bo instruktorzy mojego hufca organizują dla harcerzy co roku obóz pod namiotami i żeby do końca być lojalną wobec niepisanej umowy wewnątrz ZHP – nie podbieram harcerzy innym hufcom. Za to zapraszam/y na nasze obozy dzieci i młodzież niezrzeszoną, przez co przysparzamy harcerstwu nowych członków. Czytelników nie zamierzam czarować i opowiadać, że wszyscy uczestnicy zostają harcerzami, bo przecież pamiętam słowa Druhny Panasiowej – nikogo na siłę. Nie o to chodzi.

Równolegle do powodów jakie przyswoiłam od matki mojej harcerskiej osobowości, organizowaniu wypoczynku przyświecała idea podźwignięcia ze stagnacji Stanicy Harcerskiej w Kosarzyskach – ośrodka Hufca Nowy Sącz. Wypoczynek organizowany przez ZHP nie może przynosić zysku w postaci żywej gotówki pozostającej na koncie bezpośredniego organizatora – np. hufca, bo wtedy weszlibyśmy na ścieżkę działalności gospodarczej w świetle definicji prawnej; czyli obóz musi się wyzerować finansowo. Proste, prawda? Ile wpływów, tyle wydatków. I to wydatków uzasadnionych merytorycznie podczas rozliczenia finansowego (nie można więc kupić np. komputera, który zostanie wciągnięty w inwentarz hufca 😉). Ale Stanica, jak każdy inny ośrodek pobierający opłaty, zarabia na gościach. Zresztą współorganizowałam w Stanicy wiele innych ścieżek działalności, dzięki którym udało się przeprowadzić wielkie remonty, ale to zupełnie inny temat. Bo praca podczas letniego wypoczynku z dziećmi to swego rodzaju festiwal radości, fiesta, święto. Ze względu na stan zdrowia od dawna nie mogę pracować z dziećmi na co dzień czyli prowadzić drużyny harcerskiej, dlatego tak ważne są dla mnie te wakacyjne przedsięwzięcia. Potem je ciężko i boleśnie odchorowuję, ale to też zupełnie inny temat, choć jak tamten – Stanicy, powiązany z treścią, więc dlatego o tym wspominam.

Pewna mama, która spędziła młodzieńczy czas na letnim obozie w Stanicy w Kosarzyskach, doczekawszy się syna i odchowawszy go do odpowiedniego wieku, postanowiła kilka lat temu zafundować swojemu dziecku podobne przeżycie. Chłopak w towarzystwie kolegi i dwóch koleżanek  z klasy trafił na nasz obóz, w kolejnych latach więcej dzieciaków z tej klasy, ich rodzeństwo, kuzynostwo, sąsiedzi. I właśnie dlatego że fajnie, że ciekawie, że jest to „coś”, rozeszła się pocztą pantoflową wieść o obozie. Niestety ta „pewna mama” mieszka w Łodzi. Poczta pantoflowa zadziałała na Łódź oraz bliższe i dalsze okolice. Te dalsze to Gdańsk np. Później wyjaśnię, dlaczego niestety.

Nie zdradzę tu niczyjej tajemnicy jak opowiem, że przyjechało kiedyś do nas dziecko z mutyzmem, które po raz pierwszy wyjechało z domu na tak długi i odległy pobyt. Żeby nie wyjść na jakiegoś oszołoma nie powiem, że płakałam jak dziecko odezwało się do mnie po raz pierwszy, więc powiem, że miałam łzy w oczach. Stałam jak zaczarowana, gdy to dziecko grało z innymi dziećmi w piłkę i ustalało zasady gry i jego głos był najważniejszy. Inny zaś przypadek to, gdy wychowawczyni przysłała „odludka” na nasz turnus w celach socjalizacji. Są rodzice, którzy wysyłają do nas dzieci dla „zdiagnozowania” problemów wychowawczych itd., itp. Olbrzymia to zasługa Paseczka, jako doświadczonego nauczyciela, że cieszymy się takim zaufaniem rodziców i również nauczycieli.

Są dzieci, które opuszczają nasz obóz w trakcie jego trwania, bo nie są w stanie się zaaklimatyzować i zaadaptować, ale to zdarza się wszędzie. (Niestety coraz więcej takich dzieci. To też oddzielny temat. Nie oceniam ani dziecka ani rodziny).

Z niekłamaną satysfakcją obserwuję zdjęcia czy pisemne informacje zamieszczane na różnych forach przez rodziców dzieci o tym, że dzieci wstąpiły do harcerstwa, że pełnią służbę podczas państwowych świąt i uroczystości, że biorą udział w rajdach. W takich momentach pozwalam sobie na… chyba pychę? i serce pęka mi z instruktorskiej dumy.


Władze wykonawcze w ZHP są kadencyjne. Za czasów mojej instruktorskiej służby doświadczyłam pracy pod różnymi komendantami, którzy mieli przeróżne metody pracy, a przede wszystkim niezwykle różnorodne charaktery. Mówię o komendantach hufców i chorągwi. I z doświadczenia muszę powiedzieć, że wielu się do pełnienia tej funkcji nie nadawało (zastanawiałam się jakiego czasu użyć, wybrałam przeszły). Czas i podkomendni nauczeni przykrymi doświadczeniami na szczęście ich weryfikują.

Od zeszłorocznej akcji letniej, czyli akurat od kiedy po raz pierwszy akcja jest organizowana (zatwierdzana) przez nową komendę chorągwi, mam wielki problem ze zorganizowaniem wypoczynku.

W ubiegłym roku komendant chorągwi zażądał od organizowanego przeze mnie (piszę przez mnie, bo jestem komendantem/kierownikiem, ale organizatorem jest hufiec, on przybija pieczątki itp. a bezpośrednio na obozie pracuję z Paseczkiem i innymi wychowawcami) wypoczynku 8% kosztów obsługi finansowej, przy czym Uchwała Kwatery Głównej ZHP zezwala na pobranie takiej opłaty w wysokości 4%. Opłata ta jest podyktowana tym, że księgowość i finanse obsługiwane są w chorągwiach przez zewnętrzne biura rachunkowe. Do samego końca terminu zgłoszenia wypoczynku do KO (o tym w jakim terminie należy zgłosić wypoczynek mówi rozporządzenie odpowiedniego ministra) trzymano mnie w szachu, że wypoczynek nie zostanie zgłoszony. I dopiero interwencja jednego z rodziców tak naprawdę przesądziła o tym, że dopełniono formalności. Potem, tj. po obozie komendant Chorągwi Krakowskiej żądał ode mnie (od obozu, czyli z  pieniędzy rodziców) tych 8% i mówił, że zawarliśmy jakoby dżentelmeńską umowę na te 8%. Przy czym do dziś nie rozumiem jakie pojęcie przyzwoitości (jako synonimu umowy dżentelmeńskiej) ma komendant chorągwi, skoro chciał mnie – kobietę starszą od siebie wyrąbać (przepraszam za określenie) na 1,5 tysiąca zł. Mnie o tyle o ile, raczej rodziców uczestników. Czerwona lampka zapala się w mojej głowie: działać zgodnie z przepisami w najlepszym interesie dziecka i rodziców!

O! Ważne wyjaśnienie: gdy komendant chorągwi znalazł się w siedzibie Hufca Nowy Sącz w maju 2016 r. przed zeszłoroczną akcją letnią, m.in. po to, by rozmawiać na temat tego jednego obozu organizowanego przez hufiec (drugi był oczywisty), powiedział: w tym roku jeszcze zezwolę na organizowanie tego obozu na takich warunkach, ale w przyszłym roku będziecie go organizować przez fundację i będzie mi druhna płaciła 10% za używanie marki harcerskiej!!! Powinno do teraz być słychać jak przełykam ślinę, a nawet jak wtedy przełknęłam. MI (znaczy jemu)!!! PŁACIŁA ZA UŻYWANIE MARKI HARCERSKIEJ!!! DRUHNA!!! Kurczę blade – 36 lat stażu instruktorskiego, a poczułam się jakbym w tym momencie wyleciała sroce spod ogona.

Po czym i tak nie zezwalał na zorganizowanie tego obozu: bo dzieci z Łodzi i nie harcerze.

Ponad wszelkie moje mniej lub bardziej emocjonalne odczucia racjonalnie stwierdzić muszę, że zastosowanych zostało w ubiegłym roku po raz pierwszy przez mojego przełożonego, komendanta Chorągwi Krakowskiej, kilka taktyk mobbingu polegających na umniejszeniu kompetencji, uniemożliwianiu wykonywania pracy, zastraszaniu, przemocy, nastawieniu innych instruktorów (pracowników) przeciw mojej osobie (tj. moim kompetencjom, umiejętnościom itd.) I dopiero ta interwencja rodzica…

Kiedy w tym roku zjawiłyśmy się w siedzibie chorągwi z Paseczkiem na szkoleniu przed HAL, wciąż słyszałyśmy na temat naszego obozu aluzje podczas wykładu pełnomocnika. W końcu w kuluarach pełnomocnik przekazał nam wprost informację: komendant powiedział, że nie zezwoli na organizację tego obozu przez druhny. Na pytanie dlaczego, usłyszałyśmy: bo nie. Obóz ogłoszony, lista uczestników w zasadzie (jak nigdy dotąd) zamknięta, wpłaty zaliczek dokonanych przez rodziców na subkoncie obozowym widnieją itd.

Natychmiast po powrocie do Nowego Sącza rozpoczęłam korespondencję z komendantem chorągwi. Za zgodą komendanta mojego hufca wystosowałam do komendanta chorągwi pismo, w którym powoływałam się na przepisy państwowe i wenątrzorganizacyjne), które jednoznacznie mówią, że nie ma racji nie wyrażając zgody na organizację tego wypoczynku. Stosując kolejne taktyki mobbingu – taktyka pomniejszenia kompetencji oraz izolacji,  poniżania i utrudniania wykonywania pracy – (pomijając moją osobę w korespondencji i naprawdę nie chodzi tu o moje wybujałe ego, a rzecz elementarną – brak odpowiedzi do nadawcy) wystosował on pismo do komendanta mojego hufca, w którym nie znalazł się żaden merytoryczny argument jak tylko ten, że jego zdaniem ten konkretny obóz jest działalnością gospodarczą.

Nie wiem na jakiej podstawie wysnuł taki wniosek. Czy na tej, że dzieci są z Łodzi (znaczy spoza terenu Chorągwi Krakowskiej), czy może na tej, że dzieci nie są harcerzami? A może na tej, że kadra wychowawcza na obozie zatrudniona jest na umowę zlecenie, czego ze względów, jak to przewodniczący komisji rewizyjnej chorągwi określił w rozmowach kuluarowych, moralnych, instruktorzy harcerscy nie powinni robić. Zupełnie moralnie jest zatrudnić na obozie organizowanym przez ZHP panią myjącą latryny, a niemoralnie jest zatrudnić wychowawcę harcerskiego. No, bo prawo tego nie zabrania, tylko moralność rozumiana przez niektórych. Tak samo jak prawo (Rozporządzenie ministra, Statut ZHP, wpis do KRS) nie zabrania organizowania wypoczynku dla dzieci niezrzeszonych i spoza chorągwi (województwa). „ZHP jest organizatorem letniego i zimowego wypoczynku dzieci i młodzieży”. Koniec kropka. Wszelkie obostrzenia i własne interpretacje powodują dyskryminację i nierówne traktowanie.

Więc jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze (zarabiane przez kadrę wychowawczą). Ale głośno i wprost nikt tego do mnie nie powiedział.

Przedstawiono mi natomiast propozycję zorganizowania wypoczynku przez Fundację Kształcenia, Wypoczynku i Rekreacji w Krakowie, której fundatorem jest ZHP Chorągiew Krakowska.

O co chodzi? O firmę córkę, która może prowadzić działalność gospodarczą. Pamiętać należy, że ZHP jest organizacją pozarządową, więc trochę głupio brzmi sformułowanie „firma córka” w tej sytuacji.

Wypoczynek organizowany przez fundację obłożony jest 8% podatkiem VAT od organizacji wypoczynku dzieci i młodzieży (ZHP jest zwolniony z tego podatku). Prócz tego zażądano ode mnie (jako organizatora wypoczynku) 8% od uzyskanych wpłat od uczestników z podziałem 4% dla chorągwi i 4% dla hufca jako kosztów… jako zarobku takiego trochę ukrytego i zakamuflowanego pod płaszczykiem fundacji.

W prostym wyliczeniu: zamiast niespełna 2 tys zł. z planowanych 4% za obsługę finansową zrobiło się prawie 8 tys. zł. kosztów, które z własnych kieszeni muszą pokryć rodzice 35 uczestników obozu. Prawie 230,- zł od jednego dziecka. Która to kwota w ogóle nie została ujęta w planie finansowym, więc nie wiem czy trzeba będzie dać dzieciom mniej do jedzenie o jeden posiłek dziennie, czy może zrezygnować z programu (wycieczek itp.)… Pewnie komendant liczy, że zmusi mnie tym samym do rezygnacji z wynagrodzenia dla kadry wychowawczej. Bo przecież nie zapłacę mniej ośrodkowi, stwierdzając, że ten mógłby nie opłacić np. kucharki, albo innego personelu.

Do 9 czerwca, zgodnie z państwowymi przepisami wypoczynek musi zostać zgłoszony do KO. Ze strony mojego przełożonego trwają przepychanki, które nie mają odzwierciedlenia w literze prawa i paragrafach przepisów. Kwalifikują się jedynie w kolejnych taktykach mobbingu. A także w kategorii dyskryminacji osób niepełnosprawnych. Jestem przewlekle chora. Nieuleczalnie chora. Od kilkunastu miesięcy żyję w ciągłym stresie. Mój lekarz prowadzący łapie się za głowę, gdy widzi kolejne dochodzące objawy i choroby rujnujące stan mojego zdrowia, cały organizm.

Do tego dochodzi nierówne traktowanie dzieci – obywateli Rzeczpospolitej Polskiej oraz ograniczanie wolności rodziców i dzieci. Rodzice tych konkretnych dzieci chcieli wysłać dzieci na wypoczynek z ZHP jako solidną firmą, dającą gwarancje uczciwości, a nie z jakąś fundacją – firmą – córką do naliczania dodatkowych kosztów. Ponad to chcieli wysłać na wypoczynek organizowany przez Hufiec Nowy Sącz a nie przez Hufiec Pipidówka. Niszczy się dobre imię osób i Hufca Nowy Sącz (o całej organizacji nie wspominając), bo rodzice wiedzą o tych przepychankach i nadziwić się nie mogą jakiż to bałagan organizacyjny panuje w ZHP.

Proszę mi wskazać organizację z ponad 100-letnim doświadczeniem, która dobrowolnie pozbywa się możliwości organizowania wypoczynku dla dzieci i młodzieży na korzyść powołanej fundacji? NGO jakim jest ZHP nie prowadzi działalności gospodarczej, więc wypoczynek musi wyjść na 0. Fundacja prowadzi – można zarobić na rodzicach, zwłaszcza jeśli nie są to rodzice harcerzy. Ot, taka logika.

Gdzie w tym wszystkim podziała się idea braterstwa, sprawiedliwości, równego traktowania, przyjaźni? Gdzie są wartości reprezentowane przez pokolenie Druhny Panasiowej i moje pokolenie, przez Związek Harcerstwa Polskiego? Liczą się słupki, statystyki, ilość zorganizowanych imprez, zdobytych grantów (liczonych na miliony zł)… tylko gdzie w tym wszystkim zagubiono dziecko i jego dobro?

Jest jeszcze jedno dno całej sprawy z wymuszaniem na mnie, by zorganizować ten konkretny wypoczynek pod fundacją.

Od nowego roku (2018) w ZHP wchodzi nowa składka członkowska. Jej wysokość wzrasta o 300% (z 4 na możliwe 12 zł). Z tym, że zaniechane mają zostać wszelkie koszty manipulacyjne jak 4% od obsługi finansowej wypoczynku. Wygląda na to, że niektóre chorągwie, jak Chorągiew Krakowska, chcą być pionierami w ominięciu nowych przepisów finansowych ZHP.

Mam szczerą wolę całym życiem służyć Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim, być posłusznym Prawu Harcerskiemu.


Dokumentację wypoczynku przesyłką poleconą za pośrednictwem PP dostarczyłam do chorągwi 8 maja br. (na miesiąc przed wymaganym terminem złożenia w KO). Oddana została do rąk komendanta hufca bez żadnej adnotacji pisemnej, jakby jej w chorągwi w ogóle nie było (mam potwierdzenie nadania przesyłki poleconej i pieczątkę z dziennika podawczego). Ponownie wysłałam dokumentację z pismem przewodnim 17 maja i następnego dnia otrzymałam potwierdzenie o doręczeniu przesyłki do adresata. Pismo przewodnie podałam drogą mailową do wiadomości władz i struktur statutowych ZHP na wszystkich szczeblach oraz do ich szefów z prośbą o potwierdzenie otrzymania maila. Potwierdziła zaledwie jedna osoba z kilkunastu, raczej kilkudziesięciu, do których korespondencja powinna trafić. Dlatego nie widzę innego wyjścia jak opisać całą tę sprawę i podać do publicznej wiadomości. W następnej kolejności podam ją do mediów.

Znam przepisy i wiem, że obowiązuje 14. dniowy termin odpowiedzi na pismo, dlatego prosiłam o potwierdzenie odbioru maila, żebym wiedziała, że ktoś zainteresował się sprawą. Bo nie mam 14 dni oczekiwania na zmarnowanie nadziei dzieci na piękne wakacje.


Tak. Oddałam całe życie harcerstwu. Dzięki (m.in.) opisom na blogu moich przeżyć harcerskich z czasów, kiedy sama byłam harcerką, generalnie za treści publikowane w ogóle, w 2011 roku przez Papieskie Rady ds. Kultury i Środków Społecznego Przekazu zostałam zaproszona do Watykanu – jako jedna ze 150 osób (blogerów) z całego świata – na konferencję blogerów – imprezę towarzyszącą beatyfikacji Jana Pawła II, za publikowane w Internecie treści i wartości uniwersalne, ogólnoludzkie, humanistyczne, ponad podziałami, kulturami i ponad religiami.

P.S.

Po lekturze, Paseczek poradziła, by edytować i poinformować, że komendant mojego hufca zezwolił mi na przygotowanie i organizację wypoczynku. W stosownym czasie komenda hufca podjęła uchwałę, że w tym roku organizowane będą dwa obozy: nad morzem i ten w Kosarzyskach.

Paseczek jest instruktorem harcerskim, ale nie pracuje czynnie. Dlatego o harcerskich zależnościach piszę w liczbie pojedynczej, nie chcąc narażać dobrego imienia Paseczka, choć i tak zostało nadszrpnięte.


 

Może kiedyś zasnę

Zwykły wpis

 

Maj jest miesiącem szerzenia świadomości o zespole Ehlersa-Danlosa (EDS). Dodatkowo 5 maja jest światowym dniem nadciśnienia płucnego. Również dzisiejszy dzień (5 maja) jest Dniem Walki z Dyskryminacją Osób Niepełnosprawnych.

Stephen King napisał: „Jak mawiają lekarze, kiedy słyszysz tętent kopyt, nie myślisz, że to zebry. Ludzie na ogół widzą to, co spodziewają się zobaczyć, prawda?”. Dlatego chorzy na rzadkie choroby, które trudno jest zdiagnozować, utożsamiane są z zebrami.

Jestem tęczową zebrą. Tzn., że jest we mnie wiele chorób rzadkich. A przecież nie wyglądam, prawda?

Całe życie słyszałam: nie jęcz, więc nie jęczałam w normalnych warunkach, chyba że już dłużej się nie dało, a i tak mówiono mi: bo ty masz niski próg odporności na ból. 

Zespół Ehlersa-Danlosa to genetycznie uwarunkowana choroba tkanki łącznej polegająca na wadliwej syntezie kolagenu. Sami lekarze, oczywiście ci, którzy znają tę chorobą, mówią, że jest to najbardziej osierocona przez ludzi zawodowo zajmujących się medycyną choroba ze wszystkich chorób rzadkich. Niedodiagnozowaną i pomijaną. 

Często lekceważy się objawy na jakie skarżą się chorzy i wielu ma ochotę zaszufladkować pacjentów jako hipochondryków. Cóż dopiero z pokusą takiego zaszufladkowania u ludzi niezwiązanych z medycyną, u naszych rodzin, znajomych, współpracowników, nauczycieli naszych dzieci i/lub rodziców. 

Kiedy dowiedziałam się, że od urodzenia jestem w stanie permanentnego bólu i nie wiem, bo nie mogę wiedzieć jak to jest, gdy nic nie boli, pomyślałam: mam was! Niech mi jeszcze raz ktoś spróbuje powiedzieć: nie jęcz. 

Ponieważ z tkanki łącznej zbudowane jest w organizmie dosłownie wszystko, więc choroba może dotknąć wszystkiego – każdego narządu i układu. I nie jest tak, że ma się objawy od początku do końca te same i takie same, bo na każdym etapie życie może szwankować w człowieku coś innego lub z innym nasileniem. Tak samo jak nie ma dwóch chorych o identycznym przebiegu choroby; można jedynie wyróżnić cechy charakterystyczne i cechy wspólne. Czasem, wśród chorych na EDS, urodzi się ktoś, u kogo występuje ciężka postać choroby. Nie jestem asem genetyki, ale mam wrażenie, że czytałam, iż do takiej sytuacji dochodzi, gdy geny przekazane są autosomalnie recesywnie (tzn. od obojga rodziców). Bo tak normalnie to chorobę dziedziczy się w sposób autosamalny dominujący (od jednego rodzica). 

Na takiej pozbawionej odpowiedniej syntezy kolagenowej tkance dochodzi do rozwoju stanu zapalnego, a jeśli się w porę nie wychwyci i nie wyleczy jest to doskonałe siedlisko dla komórek nowotworowych, które przecież czyhają tylko na odpowiedni moment, by się na tak przygotowanym gruncie w naszym organizmie osiedlić, namnożyć, rozbudować i obwarować, czasem założyć kolonie w odległych miejscach. Przecież tak było z moją Mamą, u której pobrany wycinek z guza miednicy mniejszej odkrył prawdę, że nowotwór powstał w tarczycy, a nie tam, gdzie go znaleziono. 

Kiedy dostałam diagnozę od mojego ortopedy, a potem potwierdził ją genetyk kliniczny, odetchnęłam z ulgą, bo wreszcie rozwiązała się tajemnica krótkowieczności mojej rodziny (rodziny mojej Mamy). No i co najważniejsze – zostawię kolejne pokolenia z odgadniętą zagadką, nie będą się musiały trudzić w poszukiwaniu diagnozy dziwacznych dolegliwości, być może ustrzeże je to przed lekceważeniem ze strony świata medycyny, wykpiwania i szufladkowania do szuflady hipochondryków. 

Artykuły medyczne wespół z moim ortopedą mówią, że choroby genetyczne zwykle występują stadami. Towarzyszą im inne choroby o podłożu genetycznym, dziedzicznym, bądź autoimmunologicznym (te też są dziedziczne i występują rodzinnie i w towarzystwie innych). Toteż nie należało się dziwić, że podczas wizyty u kardiologa, która miała być li tylko profilaktyczna, odkryto u mnie nadciśnienie płucne – ultrarzadką chorobę, którą medycyna potrafi jedynie spowolnić, ale nie wyleczyć. Powoli zabiera oddech i niszczy serce. Podczas, gdy cały proces odbierania przez chorobę oddechu toczy się powoli, człowiek tak się przyzwyczaja do stopniowo narastającego dyskomfortu, że go nie odczuwa i dopiero, jak było w moim przypadku, wstaje pewnego ranka (w połowie stycznia 2017), idzie sobie zrobić śniadanie i po przyjściu do kuchni czuje się, jakby właśnie zdobył Mont Everest. 

Z końcem ubiegłego roku mój lekarz natrafił u mnie na przeciwciała przeciwtarczycowe. Ich obecność świadczy o przewlekłym procesie zapalnym toczącym się w tarczycy, czyli o chorobie Hashimoto – powiedział – trzeba więc iść do endokrynologa sprawdzić jak wygląda tarczyca. Hormony tarczycy i TSH w należytym porządku to nie ma się co spieszyć – pomyślałam i odczekałam pół roku w kolejce na Fundusz. 

– Ma pani rozległego guza w tarczycy – usłyszałam od endokrynologa. A tu już świeci się czerwona lampka i wyje alarm, bo rozsądek podpowiada, co podpowiada. 

Jeszcze inny lekarz, po innym USG powiedział: ma pani otłuszczoną wątrobę. Kiedyś już miałam i byłam przy tym tak słaba, że nie miałam siły nic robić, leżałam więc z pół roku i odpoczywałam i zbierałam się tylko do najkonieczniejszych zajęć. Wątroba się w ten sposób regeneruje. Wtedy to była jedna wątroba powodująca nieopisane zmęczenie, a i mój organizm zbudowany z tkanki łącznej o wadliwej syntezie kolagenu był młodszy, więc mniej wyeksploatowany. Dziś tkwi we mnie tyle ciężkich chorób – wampirów energii, że samej mi trudno uwierzyć, że mogły się one wszystkie dostać jednej osobie. Moje zmęczenie jest niewyobrażalne dla mnie samej. Nie mogę myśleć. Ciągle gubi mi się gdzieś pamięć krótkotrwała. Większość codziennych czynności stała się himalajami. Wychodząc z domu pewniej się czuję, gdy ktoś przy mnie jest. 

Może zasnę kiedyś we śnie. Bo spać jeszcze mogę. 

No to… tego. Te dni świadomości różnych chorób (rzadkich) są ważne. Po trosze ze względu na chorujących, po trosze za względu na to, żeby każdy – nawet najzdrowszy – robił badania profilaktyczne, kontrolne. Bo choroby rzadkie wcale nie są rzadkie. A! I występują stadami. 

P.S.

Niepełnosprawność nie zawsze idzie o kulach albo jedzie na wózku inwalidzkim. Często jest tak, że wybiega z radosnym uśmiechem na twarzy w nowy dzień i dopiero po chwili się „potknie” i upadnie, albo straci siły. Choć ja sama nie tracę energii na grymas twarzy zwany uśmiechem. Za dużo kosztuje wysiłku. Naprawdę. 

Diagnoza

Zwykły wpis

Gdybym miała określić jakie to jest uczucie, musiałabym powiedzieć, że to jest tak jakby w wąskiej rurce wentylacyjnej bardzo szybko obracał się zwariowany wiatraczek. Tak szybko, „że mało nóg nie pogubi” albo, dosłownie, skrzydeł nie połamie. Kiedyś obserwowałam jak bliźniacy – Kamil i Patryk Wielądek chorzy na mukowiscydozę – wykonywali rehabilitację oddechową takim specjalnym urządzeniem – flutterem; podczas wdechu wewnątrz rurki goni ciężka kulka, im mocniejszy wdech tym szybciej się obraca i drży. To tak właśnie bym to określiła. Przy czym normalnym skojarzeniem jest, że skoro ten wiatraczek się obraca, a kulka kręci to wentyluje powietrze. Otóż nie. Właśnie cały wic polega na tym, że tylko się obraca. Obraca i drży. Trzepoce i sprawia wrażenie ciężkości. Ogromnej ciężkości. Ten ciężar zamienia się w ból. Ból najpierw przytłacza, by zaraz zakleszczyć. Jak już zakleszczy to momentalnie wbija się strzałą podobną w odczuciu do grubego zbrojeniowego pręta, który wdziera się prawym bokiem a wychodzi gdzieś nad lewym obojczykiem. Dokładnie w tym kierunku, a nie odwrotnie. Wtedy kulka fluttera zatrzymuje się i niemal całkowicie blokuje przepływ w rurce.

Wszystko najmniejsze urosło do himalajów.

Bez sensu byłoby pytać: dlaczego ja? To tak jakbym chciała zapytać, dlaczego mam niebieskie oczy albo proste jak drut włosy. Mam i już.

Ale jedno „dlaczego” ze wszystkich stawianych sobie w życiu ma swoją odpowiedź.

Ci, którzy zaglądają tutaj od dawna pamiętają zapewne, że przez kilka miesięcy „wisiał” na górze strony apel o pomoc na przeszczep płuc dla Justyny P. Justyna była kompletnie obcą mi osobą. Jedyny związek z tą młodą kobietą jakiego można się było doszukać to przynależność do ZHP. Moi bliscy i znajomi też zapewne nie zapomnieli jak zwracałam się do nich mejlowo z prośbą o finansowe wsparcie Justyny. Pisałam, że przecież nie trzeba wiele, potrzeba tylko wielu, mając na uwadze równocześnie, że nie wiem, nie umiem wytłumaczyć dlaczego spośród tylu apeli o pomoc w leczeniu ten o pomoc dla Justyny wszedł w moje serce i zakotwiczył się głęboko.

Była jeszcze przecież Iga, a właściwie praca nad jej dziennikami, bo samej Igi już wtedy nie było. Pamiętam jak bardzo przeżywałam jej cierpienie spowodowane nieuleczalną chorobą, która kazała jej walczyć o każdy oddech. Uznając zredagowanie dzienników Igi za wielki zaszczyt, długo zadawałam sobie pytanie: dlaczego ja?

Więc gdy lekarz w Klinice Chorób Serca i Naczyń Instytutu Kardiologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II powiedział mi podczas rutynowego badania, że mam nadciśnienie płucne, pomyślałam tylko: dlatego. Dlatego to wszystko wcześniej mnie spotkało. Też dlatego, żebym teraz nie miała złudzeń. Pracując nad książką przeżywałam każde załamanie i pogorszenie się stanu zdrowia Igi, jak by to mnie dotyczyło. Miesiąc po miesiącu, dzień po dniu, godzina po godzinie z mocą z jaką Iga to zapisywała… Bo wszystko jest po coś i nic nie zdarza się przypadkiem.

Lekarze podczas sympozjów, konferencji, spotkań z pacjentami mówią, że w leczeniu nadciśnienia płucnego nastąpił wielki przełom i chorzy nie są już skazani na rychłą śmierć. Podobno jeszcze kilka lat temu nadciśnienie płucne zbierało żniwo większe niż najgorsze nowotwory, czyli rak płuc. Dziś jest lepiej. Skoro sami lekarze tak mówią, to trzeba im wierzyć. W Polsce jest utworzonych kilkanaście ośrodków leczenia nadciśnienia płucnego m. in. w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II, więc trafiłam w odpowiednie ręce. Bo, gdy mnie specjalista genetyk prof. dr hab. med. Olga Haus wysłała do kardiologa, pomyślałam, że dość mam użerania się z miejscowymi januszami kardiologii i wybór padł na ten właśnie szpital.

Po szybkiej diagnostyce i zaledwie kilku wizytach mój lekarz prowadzący dr Bartosz Sobień przekazał mnie specjaliście w leczeniu nadciśnienia płucnego doc. Grzegorzowi Kopciowi, wnet się z nim spotkam.

To nie jest nowa jakość życia. To jest życie w zwolnionym tempie z zadyszką i dusznościami. Są dni, że to, co najmniejsze, przerasta Himalaje.

I nie popieram optymizmu lekarzy. Przy zaburzonej immunologii i przy tym pieprz*nym Ehlersie-Danlosie nie jestem dobrze rokującym pacjentem.

Ale wpis miał być o tym, że przeżywam fazę buntu. Nie buntuję się przeciw chorobie, no bo jak i po co? Jeśli zostanę zakwalifikowana do leczenia, to – przecież mocno wierzę w medycynę – mój stan nie będzie się zbyt gwałtownie pogarszał, powinien stanąć w miejscu, a być może poprawi się komfort mojego życia. Mój bunt nakierowany jest raczej przeciw wszechogarniającej głupocie, a także skutkom działania wszelkiej maści nienawistników i złośliwców. W tej dziedzinie nie mam żadnych hamulców, zwłaszcza gdy wiem, że mam rację. I w takim podejściu do życia być może przejawia się, gdzieś w podświadomości przyczajona myśl: nie zostało mi zbyt wiele czasu. Bo przecież nie myślę w ten sposób, że zostało albo nie zostało, że wiele lub mało. Raczej, że teraz mogę, wręcz nawet że muszę załatwić sprawy, które nawarstwiały się, bo w myśl „nie ruszaj g*wna, bo śmierdzi” obchodziłam je łukiem, odsuwałam ich załatwienie na dalszy plan. Zaśniedziałam od środka i z wiecznego buntownika stałam się babuleńką w ciepłych kapciach.

Tak więc przechodzę właśnie fazę buntu, który (w swej inteligencji) miast na chorobę (walkę, nomen omen z wiatrakami) ukierunkowałam właściwie.

Na koniec apel. Do wszystkich. W szczególności do nienawistników i złośliwców.

Już od teraz, drogi mój obecny i przyszły nienawistniku lub złośliwcu, zanim wrzucisz złotówkę do puszki na ratowanie czyjegoś życia, rozejrzyj się wokół siebie i spróbuj dostrzec (wiem, że jesteś ślepy, ale postaraj się) czy przypadkiem tą swoją nienawiścią i złośliwością nie zabijasz bliźniego swego. Jeśli nie dostrzeżesz, to i tak nie nienawidź i nie bądź złośliwy.

Klinika Chorób Serca i Naczyń Instytutu Kardiologii w Krakowie vs. Powiatowa Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna w Nowym Sączu

Zwykły wpis

Zaobserwowane podczas dzisiejszej wizyty w Klinice Chorób Serca i Naczyń Instytutu Kardiologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II.

Kardiolog wychodzi z gabinetu na korytarz i prosi pacjenta oczekującego w poczekalni.

  • Dzień dobry, zapraszam.

Pacjentem okazuje się starszy pan. Panu towarzyszy kobieta, która pyta:

  • Czy mogę z mężem?

  • Ależ naturalnie, jeśli tylko mąż nie ma nic przeciw temu, zapraszam – odpowiada uprzejmie lekarz i przepuszcza małżeństwo starszych ludzi przed sobą do gabinetu.


Dwa tygodnie temu, w Powiatowej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Nowym Sączu. Z Dużą Małą Dziewczynką, która zaledwie skończyła 18 lat i jest uczennicą, w dodatku jest chora i wymaga pomocy, wchodzimy do sekretariatu, by złożyć wniosek na nauczanie indywidualne. Sekretarka po zarejestrowaniu dokumentu prosi panią wicedyrektor. Pani wicedyrektor wychodzi z gabinetu.

  • A pani??? – pada chyba niedokończone pytanie. I nic poza tym.

  • Jestem mamą…

  • M. jest pełnoletnia i nie mamy obowiązku z panią rozmawiać – przerwała mi kobieta w pół zdania tonem, który hmm… nazwijmy to: był kategoryczny – no, ale jak już pani jest, to nie musi pani wychodzić.


Nie żebym miała być jak kwoka Brzechwy.

Najlepiej się milczy

Zwykły wpis

Mierzi mnie strasznie, gdy niektórzy, rozmawiając ze mną, mówią o rzeczach nieistotnych, zmuszając mnie tym samym do wysiłku słuchania tych banałów, nierzadko głupot, i rozumienia tego zalewu niepotrzebnych informacji. Coraz więcej jest momentów w ciągu dnia, że nie mam siły słuchać ze zrozumieniem. Bo, żeby wysłuchać ze zrozumieniem, trzeba uruchomić emocje, a uruchomienie ich kosztuje dużo wysiłku. Serce zaczyna bić pod obojczykiem albo w gardle, coś tam się zaciska, głos ginie pod ciężarem nacisku, w głowie zaczyna szumieć, a jak już raz zaszumi, to zaraz wirują i huczą tępe mroczki, a ich obecność nie wróży dobrze dla mojej świadomości…

Zawsze najbardziej ceniłam sobie tych przyjaciół, w towarzystwie których najlepiej się milczy. Może to były ćwiczenia przed czekającą mnie przyszłością, która weszła właśnie w teraźniejszość. Najlepiej tę próbę przeszedł Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, więc może jego milczące trwanie będzie mi towarzyszyć do końca mojego milczenia. Zresztą taka była umowa, że on i wszyscy przyjaciele będą milczeć dłużej.

Żyjemy w świecie, który gotuje się we wrzącej lawie informacji. Nawet jeśli wyłączymy radio i telewizor, litery ułożone w słowa wskoczą nam ze szpalty gazety czy ekranu smartfona wprost do miejsca, w którym powstają emocje odpowiedzialne za przyjęcie tych informacji. A serce nie powinno nabierać większego przyśpieszenia.

Tymczasem wszystko jest niczym, gdy zderzy się z brakiem tchu.

Wiktoria, Kamil i Patryk Wielądek wciąż potrzebują pomocy

Zwykły wpis
Wiktoria, Kamil i Patryk Wielądek

Wiktoria, Kamil i Patryk Wielądek

 

Apel o pomoc

Wiktoria oraz jej starsi bracia bliźniacy chorują na mukowiscydozę – genetyczną, nieuleczalną chorobę niszczącą przede wszystkim płuca i układ  pokarmowy. Choć w Europie i innych bogatych krajach świata chorzy na mukowiscydozę z powodzeniem dożywają 40 – 50 lat, to naszym kraju niewiele jest osób dorosłych z tą chorobą, ponieważ wciąż brak kompleksowej opieki i wspomagania chorych, którzy z trudem dożywają wczesnej młodości. Koszty zakupu leków wspomagających, drogiej antybiotykoterapii a przede wszystkim rehabilitacji oddechowej spadają na rodzinę. Niestety opieka nad chorym dzieckiem zmusza przynajmniej jednego z rodziców – najczęściej matkę – do rezygnacji z pracy, co ma wpływ na kondycję finansową rodziny. W rodzinie Wiktorii jest troje dzieci – wszystkie chore. Nietrudno wyobrazić sobie ogrom nieszczęścia rodziców, którzy nękani tak wielką tragedią, zmuszeni są do heroicznych decyzji, któremu dziecku zapewnić większe wsparcie medyczne w danym miesiącu.

Po ostatniej kontroli lekarskiej w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc w Rabce okazało się, że Wiktoria, która za dwa miesiące ma przystąpić do I Komunii św. jest bardzo niedożywiona, w wieku 7 lat waży zaledwie 17 kg, lekarz prowadzący powiedział rodzicom, że jeżeli nie zdecydują się na natychmiastowe operacyjne założenie PEGa do żywienia jelitowego, najmniejsza infekcja może Wiktorię zabić, ponieważ organizm nie będzie miał siły poradzić sobie z wirusowym czy bakteryjnym zakażeniem, które dla zdrowego dziecka jest zaledwie krótką niedyspozycją z większą czy mniejszą gorączką, katarem i kaszlem.

– Boże, a gdyby coś poszło nie tak i Wikusia musiałaby zostać w szpitalu i nie mogła iść do Komunii – westchnęła mama. – A zresztą, jak ona pójdzie z tymi wszystkimi rurkami pod sukienką?

– To w takim razie potrzebne są dziecku specjalne odżywki.

No tak, odżywki, które kosztują majątek, na który rodziny nie stać…

 

Można wspomóc rodzinę finansowo.

  • Wpłaty prosimy kierować na konto:

Polskie Towarzystwo Walki z Mukowiscydozą
49 1020 3466 0000 9302 0002 3473
Tytułem: Kamil, Patryk, Wiktoria Wielądek

  • I przez przekazanie 1% podatku:

W formularzu PIT wpisz numer: KRS 0000064892
W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podaj: 400/122/10 Kamil, Patryk, Wiktoria Wielądek
W zeznaniu podatkowym proszę zaznaczyć pole „Wyrażam zgodę”.

Lustracja w krzywym zwierciadle w kraju Nalejzupy

Zwykły wpis

W królestwie Nalejzupy, które nie było wyspą, ludzie żyli według dekretów i zasad. Najważniejszym dekretem był dekret o nieskazitelnej porcelanie. Dopóki królestwem rządził król z dynastii Porcelitów dekrety i zasady były niezmienne. Ale czasy się zmieniały, lud burzył się z różnych powodów, a najbardziej z powodu tego, że tylko członkowie rodziny królewskiej i inni wysoko urodzeni oraz wysoko postawieni urzędnicy królewscy mogli posiadać i używać porcelanowe zastawy, które w dodatku przechowywano w pięknie rzeźbionych i inkrustowanych kredensach wykonanych z najdroższego drewna sprowadzanego z najodleglejszych zakątków świata, by potem zastawiać nimi bogate stoły. Wzburzenie ludu wzięło się stąd właśnie, że królestwo Nalejzupy nie było wyspą, wieści z ościennych krain przenikały granice wraz z wiatrami historii. Podczas jednej z zamieci lud królestwa Nalejzupy dowiedział się, że jest uciskany, a ucisk zostanie zniesiony tylko wtedy jeśli i on – lud, będzie mógł używać porcelanowej zastawy. Wraz z uciskiem zniesiono króla Porcelita XVII, władzę przejęła Rada Zastawna, która znosząc dekret o nieskazitelnej porcelanie, wydała nowe dekrety i zasady, ale i tymi lud zmierził się niebawem, zwłaszcza gdy okazało się, że porcelanowa zastawa jest krucha i delikatna i najnormalniej w świecie pęka w dłoni, którą pokrywa poorana bruzdami ciężkiej pracy skóra. Wiatry historii wiały, lud zmieniał i udoskonalał ustrój swojej krainy poprzez wybieranie wciąż nowych Rad, te zaś wydawały wciąż nowe dekrety i zasady, które z wierzchu stwarzały pozory, że porcelana jest wciąż porcelaną a lud może ją posiadać i używać jej. Aż przyszedł czas, w którym zniknęły ponoć wszystkie: stare i nowe zastawy porcelanowe tak jak niegdyś zniknął dekret o nieskazitelnej porcelanie.

Wtedy w kraju zapanowała Rada Szarych Ludzi i usiłowała wmówić całemu ludowi, że ceniona i rozsławiona przez dynastię Porcelitów porcelana tak naprawdę jest jakąś mrzonką, cieniem, niepotrzebnym zbytkiem, mitem wreszcie, który stworzono po to, by mydlić oczy, okłamywać, stwarzać iluzję i mamić biedny, spracowany lud. Rada Szarych Ludzi ogłosiła w swym dekrecie, że najlepsza dla ludu z kraju Nalejzupy jest zwykła ceramika z gliny, fajansu, w ostateczności z porcelitu. Dekretem zakazano produkcji, sprzedaży i posiadania porcelanowej zastawy jako tej, przy której rodzi się kaprys, zbytek, bunt. Ale, że kraj Nalejzupy nie był wyspą i wiatry historii przenikały przez granicę niosąc ze sobą wieści wte i we wte, dekret dopuszczał produkowanie porcelanowych zastaw, które można było nabyć w komplecie lub też dowolnie zestawiać, w zależności od potrzeb ale tylko za okazaniem specjalnego talonu. Wraz z produkcją szerzono jednak wieść, że każdy komplet i każdy cykl produkcyjny zawiera niewidzialną skazę, której obecność dyskredytuje porcelanę z należnego jej miejsca, które w micie stworzył lud jeszcze za czasów dynastii Porcelitów. Rada Szarych Ludzi chciała bowiem zachować pozory wśród rządzących i ludności krain ościennych, że niby zakazu nie ma, że nie odcina się od starych wartości, tradycji i obrzędów. Bo jeden z historycznych obrzędów polegał na tym, że przy porcelanowej zastawie zbierali się ludzie, którzy poprzez wspólny posiłek, rozmowę, uczestnictwo w uczcie z muzyką poważną, sztuką wysokich lotów, pieśnią, księgą i morałem wykuwali swój los. Co prawda Rada Szarych Ludzi zadekretowała, że gruby i siermiężny fajans jest odpowiedniejszy do wykuwania przyszłych postaw, kształtowania charakteru Szarego Człowieka, który to człowiek ma być człowiekiem nowych czasów, kto wie czy bardziej, czy mniej szarych, które miały nadejść w przyszłości i każdy, kto nabył porcelanową zastawę poddawany był kontroli i nadzorowi. Zakup porcelanowej zastawy za okazaniem talonu finalizowany był własnoręcznym podpisem nabywcy. Nie do końca znany był sposób przyznawania talonów, bo jednym razem było to związane z awansem zaś innym z degradacją. I choć nie każdy zakup się z tym wiązał, nabywca porcelany w chwili zakupu zobowiązywał się również do wypełniania okresowo ankiet, które miały służyć ponoć badaniu trwałości porcelanowych wyrobów. Czasem konfiskowano zastawę a wszyscy biesiadnicy znikali w niewyjaśnionych okolicznościach lub też Rada Szarych Ludzi dopuszczała się rzeczy, o których tylko szeptano pokątnie, nigdy zaś głośno, bo były tak okrutne, że trudne do uwierzenia.

Właśnie za czasów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy zaczyna się nasza historia, historia Wybrańców, którzy spotykali się przy cudem zdobytej, z pietyzmem pielęgnowanej porcelanowej zastawie. Spotkania w Kręgu Porcelanowej Zastawy mogły mieć i miały różne formy. Każde spotkanie cechował odmienny charakter i tylko dlatego, że opowiadam bajkę a nie historię z prawdziwego życia, raz za razem Wybrańcy z Kręgu Porcelanowej Zastawy przeżywali inne przygody, realizując zadania, które były tak nierealne, że już tylko z tego powodu musiały być bajką. Bajka wnet przemieniła się w baśń, a czas ustanowił z niej legendę. Żaden z Wybrańców nie dopuszczał do siebie niecnie rozsiewanych pogłosek o rzekomych skazach na produkowanych w kraju Nalejzupy za czasów Rady Szarych Ludzi porcelanowych zastawach. By okazać lekceważenie dla tych pogłosek, choć każdy z Kręgu Porcelanowej Zastawy miał ulubiony kształt, kolor i wzór, wymieniali się czasem Wybrańcy talerzem, filiżanką, kubkiem, by wszyscy mogli spróbował smaku z każdego naczynia.

Mijały lata. Wybrańcy byli tymi, którzy zmieniali świat. Zmieniali dlatego, bo nigdy nie uwierzyli, że herbata pita z grubego glinianego kubka tak samo smakuje jak ta kosztowana małymi łyczkami z porcelanowej filiżanki, a biesiada urządzona przy fajansowym nakryciu nie różni się od uczty z porcelanową zastawą. Wybrańcy w tym nowym zmienionym świecie godnie nieśli przesłanie, z którym weszli kiedyś w życie. Lata tak szybko przemijały, wraz nimi tworzyły się nowe legendy ale też i fałszywe mity na temat porcelanowych zastaw używanych w czasie, gdy rządy sprawowała Rada Szarych Ludzi. Stworzyła się Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika, która twierdziła z całą stanowczością, że wszystkie porcelanowe zastawy, które puszczano w obieg w czasie rządów Rady Szarych Ludzi w kraju Nalejzupy miały skazę, ta zaś dyskwalifikuje każdą wyrosłą podczas przyjęć w Kręgach Porcelanowych Zastaw legendę i jedyną zastawę bez skazy posiada ona – Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika. Zaczął się czas terroru. W niepotrzebnych szafach członków Rady Szarych Ludzi obok trupów leżały spreparowane podczas zakupu dokumenty. Rada Szarych Ludzi dokładnie zabezpieczyła się na ewentualność utraty władzy. Posiadacz porcelanowej zastawy finalizując zakup własnoręcznym podpisem tak naprawdę zmuszony był do sporządzenia deklaracji, na podstawie której stwierdzał, że jest posiadaczem porcelanowej zastawy i będzie organizował przy niej przyjęcia i uczty dla znajomych i przyjaciół. Najgorsze było to, że posiadacz musiał oświadczyć, że jest świadomy, że w jego zastawie znajduje się egzemplarz z niewidoczną skazą fabryczną, co jak wiadomo dyskwalifikowało na zawsze prawdziwość powstającej legendy całego Kręgu Porcelanowej Zastawy, jak i poszczególnych Wybrańców. I jeszcze te okresowe ankiety rzekomo na temat cech porcelany, wytrzymałości, długości i jakości użytkowania.

Co rusz zdarza się, że Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika wyciąga z niepotrzebnych szaf Rady Szarych Ludzi takie zadeklarowane na siebie wyroki, choć tak naprawdę powinna wyciągnąć trupy a szafy dawno spalić. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że w niektórych Wybrańcach z Kręgów Porcelanowych Zastaw zrodziło się zwątpienie: To co? To wszystko kim i czym teraz jestem ma taką skazę jaką miała ta porcelana, przy której zasiadaliśmy i karmiliśmy się ideałami? Może to przede mną najczęściej stało naczynie ze skazą? Czy moja wartość jest warta mnie, a ja przyzwoitości i czasów, w których żyję? Czy posiadacz porcelany, organizator naszych uczt, poczęstunków i spotkań, naszego życia miał prawo być ich organizatorem skoro wiedział, że porcelana ma skazę? Wypełniał ankiety… I kiedy? Zaraz po naszych spotkaniach czy może w trakcie, kiedy my zasłuchani, zapatrzeni, zachłyśnięci ideałami wierzyliśmy mu i ufaliśmy, projektowaliśmy świat z legend o zastawach z nieskazitelnej porcelany…  Z takimi dylematami przyszło zmierzyć się niejednemu z Wybrańców zasiadających w Kręgu Porcelanowej Zastawy. Dlatego któryś z nich udał się do Gładkomówiącej Zwykłej Jędzy i zapytał:

  • Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, powiedz, bo przecież tkwi w tobie mądrość wielu pokoleń Gładkomówiących Zwykłych Jędz i Czarownic, jak mam to sobie wszystko poukładać? Czy moje życie przejęło skażenie porcelany ze skazą i co myśleć o posiadaczu porcelanowej zastawy? Czy prawdziwe są wszystkie ideały, na których wzrósł mój charakter skoro uczty nie były organizowane przy nieskazitelnej porcelanie? Czy ja jestem prawdziwym Wybrańcem i czy wtedy też byłem prawdziwie powołany do zasiadania w Kręgu Porcelanowej Zastawy? Gdzie byłbym dzisiaj, gdyby nie te przyjęcia? Czy byłbym dalej, czy bliżej, czy może w tym samym miejscu? Czy kłamstwem jest teraźniejszość w takiej samej mierze jakim kłamstwem była przeszłość? Co jest prawdziwe i co jest prawdą? Powiedz, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, czy omamił mnie ułudą przy porcelanie ze skazą zakupioną za okazaniem specjalnego talonu ze sfinalizowaniem zakupu własnoręcznym podpisem i zobowiązaniem wysyłania ankiet na temat użytkowania i dał mi przez to możliwość wzrostu do… do czego? Czy lepiej byłoby, gdybym nigdy nie przyłożył do ust cienkiej ceramiki a tylko pił z siermiężnego garnuszka z wyszczerbionym rantem. Zakpił, czy zbudował? Miał prawo, czy nie miał? Jestem, czy mnie nie ma? Jakoś nie ma problemu pogodzić się z tym, że inny posiadacz nieskazitelnej porcelany, ten, który organizował przyjęcia przy wielkim stole dla całego ludu, dokonał zakupu na tych wszystkich warunkach, bo przecież to olbrzymi mit, wielka legenda, lodołamacz systemu Grupy Szarych Ludzi.

  • Dlaczego?

  • Bo… bo nie znam go osobiście, nie jest mi tak bliski, nie zawiódł, nie zdradził.

  • Kiedy cię zawiódł Wybrańcu, twój posiadacz nieskazitelnej porcelany?

  • Tak naprawdę?

  • Tak. Tak naprawdę. Powiedz, kiedy cię zawiódł. Zdradził.

  • Tak naprawdę to nigdy. Ani wtedy, gdy zapraszał nas na uczty w Kręgu Porcelanowej Zastawy, ani dziś.

  • Dlaczego więc mówisz, że zawiódł i zdradził?

  • Bo… bo przecież Grupa Ludzi Skupiona Wokół Pękatego Czajnika… bo te dokumenty z szafy… bo… Gładkomówiąca Zwykła Jędzo! To nieprawda! To terror! To sianie zamętu i strachu! To burzenie autorytetów i w końcu to tryumf i zwycięstwo Rady Szarych Ludzi.

  • Pomyśl, Wybrańcu, o tych wszystkich chwilach, które spędziłeś na przyjęciach i ucztach w Kręgu Porcelanowej Zastawy, pomyśl czym wypełniona była czara, którą zbliżałeś do ust. Czujesz aromat, smak, temperaturę spożywanych napojów i potraw? Zapomniałeś, prawda? Za to dokładnie poznałeś i pamiętasz smak przyjaźni i miłości i wciąż zaprawione jest nimi twoje życie. Poznałeś jak nikt inny zapach przygody, kolor ideałów, a gdy zamkniesz powieki, wciąż widzisz szczęśliwe twarze twoich przyjaciół, których skupiła przy stole uczta u posiadacza nieskazitelnej porcelany. Wiesz czym jest prawdziwa porcelana? To mit, legenda. To człowiek jest naczyniem, które można napełnić miłością albo nienawiścią, szczęściem albo nieszczęściem, bogactwem albo biedą duchową. To człowiek jest PORCELANĄ. Wybrańcu, zaczekaj, nie skończyłam, dokąd pędzisz?!

  • Przepraszam, Gładkomówiąca Zwykła Jędzo, nie mogę wysłuchać cię do końca. Muszę czym prędzej udać się do posiadacza nieskazitelnej porcelany, muszę ochronić tę kruchą czarę, bo ktoś chce ją zniszczyć, unicestwić, odebrać honor, dobre imię, zaprzeczyć prawdziwości i jakości. A tylko ja, Wybraniec, mogę zatrzymać to całe zło i  powiedzieć mu, że jestem kim jestem dzięki niemu. Dzięki tym ucztom przy stole zastawionym porcelaną ze skazą, nabytą na specjalny talon.


Ale Gładkomówiąca Zwykła Jędza mówiła już tylko do siebie. Wiedziała dokąd Wybraniec poszedł. Może potrzebowała to wszystko powiedzieć. Na głos. Żeby i ona dobrze usłyszała.

Zainteresowany tematem czytelnik znajdzie tu tło opowieści.

Chciałabym jeszcze w Post Scriptum dodać, że posiadacz nieskazitelnej porcelany to jest wielki Ktoś. To Ktoś, komu w zamierzchłych czasach, gdy byłam jeszcze zwykłą harcerką, nadałam do imienia przedrostek hen i używam go do dziś. Żadna lustracja, żaden wyrok poparty tonami dokumentów, które tworzyli urzędnicy aparatu kontroli i represji, by wykazać się osiągnięciami w pracy, nie zmienią mojego stanowiska i zdania na temat henCzłowieka. Bo dzięki niemu jestem dziś tym, kim jestem. Ja oraz wielu moich przyjaciół.

Homo homini

Zwykły wpis

W jednej z sądeckich przychodni rehabilitacyjnych, do której obecnie uczęszczam na rehabilitację, znajduje się sala ćwiczeń, gdzie równocześnie – pod okiem i nadzorem rehabilitantki – ćwiczy wielu pacjentów. Co prawda rehabilitanci z innych przychodni, którzy mają szczęście pracować z każdym pacjentem oddzielnie, twierdzą, że nie wyobrażają sobie takiej specyfiki pracy, ale to całkiem inny temat.

Tam wchodzę na salę, siadam na jeden z rowerów i od tego zaczynają się moje zabiegi. Któregoś dnia, gdy weszłam, mój rower był zajęty przez całkiem nowego chłopca. W ogóle zaczął się nowy tydzień, więc sporo było nowych pacjentów. Chłopiec – na oko 10- 11-letni – powiedział mi grzecznie „dzień dobry”, ja zapytałam dokąd jedzie, on odpowiedział, że bez celu i w tym momencie weszła wysoka kobieta, której chłopiec również się ukłonił.

Od razu można było rozpoznać, że dziecko jest z małej miejscowości, skoro kłania się wszystkim dorosłym. W obecnych czasach to naprawdę rzadkość. Jako, że „mój” rower był zajęty przez chłopca, a drugiego nie używam, usiadłam na innym przyrządzie do ćwiczeń, natomiast wolny rower zajęła wysoka kobieta siadając tym samym pomiędzy mną a chłopcem. Przedzielona poczułam się zwolniona z rozmowy, z czego skwapliwie skorzystałam, bo tak się jakoś podziało, że ostatnio nawet mówienie mnie męczy. Gwoli wyjaśnienia muszę się przyznać publicznie, że chodzę w związku z tym skwaszona i wykrzywiona, by nie tracić sił na zbytki takie jak rozpromieniona mina, uśmiech, entuzjazm itp. Za dużo wysiłku kosztuje mnie jakiekolwiek funkcjonowanie, by pozwolić sobie na funkcjonowanie radosne, a już tamtego dnia byłam w wyjątkowo podłej formie fizycznej, co siłą rzeczy przekłada się na formę psychiczną.

Następnego dnia spotkałam chłopca na korytarzu, właśnie skończył ćwiczenia i szedł do szatni, ale oczywiście zatrzymał się przy mnie, powiedział „dzień dobry”, na pytanie dokąd dzisiaj jechał odpowiedział „dziś nie ćwiczyłem na rowerze” i dodał: pani przyjaciółka (znaczy wysoka kobieta) już na panią czeka, czym rozbawił mnie tak, że weszłam na salę chyba rozpromieniona, skoro zauważyła to pani rehabilitantka.

Mały chłopiec…

Ciekawam, w którym momencie swojego życia człowiek przeistacza się w wilka.

Paranoi sądeckich rejestracji ciąg dalszy

Zwykły wpis

Wybrawszy dokumentację z przychodni, która mieni się centrum medycznym w niewygodnej ze względu na dojazd dzielnicy Nowego Sącza, po telefonicznym rekonesansie udałam się do innej [przychodni]. Dla jasności przypomnę, że nie wybierałam dokumentacji M. dlatego, że niewygodny jest dojazd do przychodni, tylko dlatego że pulmonolog P. z nowym rokiem przestała przyjmować w owym centrum medycznym.

Rejestracja poszła gładko, aczkolwiek p. rejestratorka nijak nie chciała zrozumieć, że M. jest zdiagnozowana i nie będzie tzw. pierwszorazowym pacjentem i nie dotyczą nas informacje dla pierwszorazowych pacjentów ani spełnienie tych procedur, takich jak aktualne badania laboratoryjne i rtg płuc tudzież inne, ale wysłuchałam przez telefon i po raz kolejny przy okienku.

Pani musi powiedzieć to niech powie. Mnie jest ciężko mówić, więc nie mogę się przebić przez czyjąś paplaninę.

Po dokonaniu rejestracji do pulmonologa P. zapytałam, czy alergolog T. przyjmuje u nich również, jeśli tak to proszę o rejestrację, w tym przypadku jako pierwszorazowy pacjent.

Czytelnikowi wyjaśnię, że skierowanie do alergologa ze wskazaniem na T. wypisał nie kto inny jak pulmonolog P.

No i co słyszę od pani w rejestracji? Ano, co następuje:

  • Ale jak pani rejestruje się do pulmonologa to nie ma sensu iść do alergologa, bo przecież to jedno i to samo.

Usiłowałam powiedzieć, ale że tchu mi brak i siły głosu, to znów nie mogę się przebić przez paplającą wszystkowiedzącą rejestratorkę.

Wręczam jej więc do rąk własnych skierowanie do alergologa wypisane przez pulmonologa. W dodatku przez pulmonologa P.

Kluski na parze – z cyklu: Opowieści dla Zośki

Zwykły wpis

Najpierw dom pachnie ciastem drożdżowym, które rośnie w ciepłym miejscu w kuchni. Zanim skończyłam wyrabiać ciasto zamyśliłam się chwilę – zagniatanie ciasta pozwala myślom odpłynąć. Zaledwie się zanurzam w najpłytszej myśli a już widzę porcelanową miskę z delikatnym różanym deseniem, w której Mama wyrabiała swoje ciasto drożdżowe na placek, albo te nieszczęsne kluski, których w dzieciństwie pasjami nie znosiłam. Skoro widzę miskę, a przede wszystkim czuję zapach drożdżowego ciasta, które oddycha pod naciskiem moich rąk, to widzę kuchnię domu rodzinnego i ręce Mamy, które wyrabiając ciasto potrafiły je rozciągać do góry, co zawsze budziło mój podziw. Jest też i cała Mama, w tej swojej fryzurze, którą miała kiedy byłam jeszcze całkiem mała i udaje mi się zobaczyć siebie samą – wyglądam zupełnie jak na tym zdjęciu, które robiłam do legitymacji szkolnej, gdy byłam w trzeciej klasie. Miałam na sobie ten komplecik, który Tańcia przywiózł z podróży służbowej do Bułgarii: bluzeczkę w drobne różowo-białe kwiatuszki i zielony bezrękawnik z przedłużonym stanem, odcinany na dole i zakładany jakby miał kilka plis. Nigdy nie znosiłam sukienek, ale ta była szczególna, bo przywieziona  przez Tańcię z tamtej tajemniczej podróży. Zdjęcie do legitymacji jest czarno-białe, ale zawsze kiedy na nie patrzę, widzę kolory. Więc i teraz widzę siebie jak z tego zdjęcia, jeszcze z jasnymi włosami, bo ściemniały mi wiele lat później… Teraz Mama obwiązuje ścierkę wokół szerokiego garnka, gotuje wodę i gdy woda zaczyna parować, delikatnie kładzie kluski wycięte jak pączki z rozwałkowanego ciasta szklanką. Zapach się zmienia. Ciasto drożdżowe inaczej pachnie, gdy rośnie, inaczej, gdy piecze się ciasto, inaczej podczas robienia klusek na parze i jeszcze inaczej podczas smażenia pączków. Wszystkie te zapachy przywołuję po kolei a razem z nimi ułamki sekund podczas których wspomnienia są prawie nieruchome, jak na zdjęciach.

To pewnie przez grudniowe słońce, które szybko kończy dzień i zachodzi świecąc prosto w oczy przez kuchenne okno. Bo pewnie w tym świetle zawarta jest jakaś wiadomość. Prosto z Nieba.

 

Żaczek Pan

Zwykły wpis

Pan Żaczek uratował dzisiaj świat D.

A było to tak, że gdy siedziałam w fotelu z laptopem na kolanach, usłyszałam dziwny odgłos przypominający upadek na zaśnieżoną ziemię jakiegoś olbrzymiego ciężaru i na koniec takie warkoczące puuufff, jakby powietrze z tego uszło. Miałam dosłownie wrażenie jakby to był smok. Ponieważ robiłam doktorat z autoimmunologii, więc nie mogłam sobie pozwolić na puszczenie wodzy fantazji, musiałam oddać się pracy bez żadnych wycieczek do świata wyobraźni. Autoimmunologia to nie w kij dmuchał, kto wie czy nie trudniejsza od genetyki. Nie wiem ile czasu minęło, bo przecież komputer wciąga, ale w końcu wstałam z postanowieniem zrobienia obiadu. Potrzebne mi były ziemniaki, a te w naszym domem trzymane są poza domem, tzn. na klatce schodowej pod ławką w koszyku. Wzięłam więc woreczek na ziemniaki i z impetem otwarłam drzwi, które pełnią rolę wejściowo-wyjściowych. I stanęłam z osłupienia, ponieważ spod strychu dochodziło chrapanie, warczenie i groźne pomrukiwanie smoka; z każdym wydechem cały blaszany dach na budynku podnosił się, by zaraz potem opaść i to był właśnie ten odgłos, który mnie nieco wcześniej zainteresował. A przy tym śmierdziało tak, że jeśli by to nie był smok, to musiał by to być pan menel. Ze względu na strach jaki się we mnie zrodził, było to kompletnie obojętne. Populacja mężczyzn w naszym bloku ciągle spada, zresztą o tej porze i tak wszyscy są w pracy – przynajmniej ci pracujący, bo niepracujący równie dobrze mogli być w takim samym stanie jak mój smok. Oczywiście chrapanie, charczenie i groźny pomruk mi w niczym nie przeszkadzały, ale na uwadze miałam to jak kilka lat temu inny smok śpiący pod strychem (w dodatku na naszych wycieraczkach, które sobie przysposobił na ten czas) zsikał się i jego mocz spływał wprost do całkiem nowego buta Synka, bo mieliśmy – aż do tamtego czasu – w zwyczaju zostawiać buty przed drzwiami.

Zadzwoniłam do administracji, bo w końcu administrator ma jakieś obowiązki. Dowiedziałam się, znaczy wywnioskowałam, że ma to gdzieś, bo wnet kończy pracę i lepiej żebym zadzwoniła na policję. Ja jednak zadzwoniłam do Pana Żaczka, bo jest nieoceniony w takich i innych akcjach. Ale, że to godziny pracy i Pan Żaczek żadną miarą nie mógł przyjechać wyeksmitować smoka, poradził mi, żebym dzwoniła do straży miejskiej.

Strażnik ze straży miejskiej zapytał czy smok aby nie jest pod wpływem. Już miałam powiedzieć, że a jakże, że tak, że strach by było wyjść na klatkę schodową z otwartym ogniem, bo taki odór, ale sam strażnik kontynuując, powiedział: bo jeżeli jest, to proszę dzwonić na policję, bo my go i tak nie wywieziemy i będziemy musieli wzywać policję, a to już będą dwa patrole zaangażowane, a może być jeden. Zaoponowałam gwałtownie, że nie oczekuję, by go wywozili, a tylko wyprowadzili, bo przecież zległ prawie że pod moimi drzwiami. W tym momencie strażnik ze straży miejskiej odleciał w kosmos mówiąc, że najlepiej, żebym wyszła i sprawdziła, czy smok jest w stanie upojenia, czy nie jest. I upierał się, że tak musi być, znaczy, że muszę mu powiedzieć czy o jest trzeźwy. I nie umiał mi wytłumaczyć, dlaczego nie przyjmie ode mnie zgłoszenia i nie przekaże go na policję, tylko mi samej każe to robić.

Wybieram numer alarmowy na policję. Nie zgłasza się. Wybieram numer stacjonarny do dyżurnego. Nie zgłasza się. I tak kilka razy tam i z powrotem. Pomyślałam sobie: Bogu dzięki, że mnie ktoś nie napadł i że np. nie muszę dzwonić w tajemnicy, trzymając telefon w kieszeni, albo że się nie pali, nie wali, bo już by było po mnie. W końcu się zgłosił policjant. Aby nadać wiarygodności i zwiększyć dramaturgię zgłoszenia, powiedziałam, że czuję się zagrożona. Na co policjant kilkakrotnie upewnił się czy mam zamknięte drzwi, że z kolei chciałam zapytać, czy mam je otworzyć, żeby on mógł przyjąć to zgłoszenie no i na to wszystko Pan Żaczek wrócił z pracy, wyszedł pod strych i powiedział: – No, kolego, koniec spania. Wychodzimy. A smok Pana Żaczka bierze na litość i mówi: – Ale ja tak zmarzłem, na polu jest zimno i leje. O! No i zmokłem. I chcę się wyspać… ja tylko śpię. Ale Pan Żaczek był nieczuły i nie dał się wziąć na litość. Doradził schronisko Brata Alberta i przypilnował, aby smok wyszedł. I niemal na tę scenę przyjechała policja wielką kabaryną. Policjant w gumowych rękawiczkach ruszył w stronę świata D. Ale świat D był już wtedy uratowany. Pan Żaczek był bohaterem na własnej klatce. Tak skonstatowała Duża Mała Dziewczynka.

  • Jak mogłaś tak zrobić biednemu smokowi – powiedział Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem, kiedy wysłuchał opowieści – trzeba mu było zanieść miskę ciepłej strawy i kocyk, zaprosić do domu żeby wziął prysznic i dać mu czyste ubranie. A ty tak bezlitośnie na śnieg i pluchę biednego stwora.

 

P.S.

Otagowałam wpis, bo obiecałam strażnikowi ze straży miejskiej, że to opiszę.

Dzień Pluszowego Misia – z cyklu: Opowieści dla Zośki

Zwykły wpis

Czesław jest misiem autystycznej dziewczynki, którą nazywamy Nasza Łaskawość. Właściwie dziewczynka mówi na misia Hesiu, a nie Czesiu, bo przecież kłopot z poprawnym wypowiedzeniem słów, sylab i głosek jest na dziś jednym z przejawów autyzmu u małej. Historia Cześka jest znana stałym Czytelnikom, ale przypomnę, że miś pojawił się w życiu Naszej Łaskawości w momencie, w którym rozszerzył się jej świat z domowego na domowy i przedszkolny i niemówiące wtedy dziecko musiało jakoś komunikować swoje potrzeby i uczucia. Tak więc Czesiek doskonale zastąpił małą, autystyczną dziewczynkę w wyrażaniu wszystkiego, co trzeba było wyrazić, w przekazywaniu myśli, lęków, radości itd. Najbardziej anegdotyczną bodaj rolę Czesiek miał kiedyś, podczas wyścigów „kto pierwszy”. Otóż Mamusia, by przyspieszyć dotarcie do przedszkola w czasie, gdy jeszcze całe rodzeństwo doń uczęszczało, ogłaszała na ostatnim etapie wyścig: kto pierwszy dobiegnie do drzwi. Do Naszej Łaskawości każdy komunikat docierał później i inaczej niż do starszego rodzeństwa, więc dla niej wyścig zaczął się dopiero w momencie, kiedy zobaczyła, że Maleńka Wnuczka i Mniejszy Brat dali susa przed siebie. Oczywiście w takiej sytuacji nie miała szans na wygranie wyścigu, więc się zatrzymała, wzięła zamach i rzuciła Cześkiem przed siebie. Czesiek błyskawicznie osiągnął metę wyścigu (dystans był krótki), a Nasza Łaskawość podskakując do góry i klaszcząc, wypiskiwała coś na kształt „Hurrra!”

Życie Cześka jest niezwykle bogate. Ostatnio Czesiek miewa koszmary nocne i w związku z tym nie może utulić swojej dziewczynki, kiedy ją nawiedzają jej koszmary i dlatego ta wędruje do łóżka rodziców. Zjawiając się nocą w sypialni, mówi już tylko „hohmal”, włazi do  środeczka i kładąc się – oczywiście w poprzek – skopuje któregoś z rodziców w tzw. nogi.

Czesiek naturalnie szykował się do przedszkola na dzisiejsze święto Pluszowego Misia, ale Nasza Łaskawość trochę niedomaga na brzuszek, więc z bólem serca Czesiek musiał pogodzić się z tym, że pozostanie w domu. Postanowił więc, zwłaszcza że i tej nocy nawiedził go „hohmal”, że dzisiejszy dzień spędzi w łóżeczku. Generalnie Hesio śpi w łóżku Naszej Łaskawości, ale swoje łóżeczko posiada. Jak w bajce – drewniane, z kocykiem, poduszeczką i kołderką.

Zaraz z samego rana, podczas śniadania, wysłuchałam jak to Mamusia odprowadzając Maleńką Wnuczkę i Mniejszego Brata do szkoły niosła Czesia w łóżeczku… z łóżeczkiem pod pachą, bo Nasza Łaskawość bez Cześka wyjść nie chciała, zaś Czesiek nie chciał wyjść z łóżeczka…

Dlatego, gdy miałam dzisiaj zajęcia biblioteczne z „moimi przedszkolakami” i na wstępie zadałam pytanie jaki dzisiaj mamy dzień, nie spodziewałam się odpowiedzi: czarny piątek!

Dzieci jednak potrafią zaskakiwać. I to jest w nich cudowne.

 

Czesiek

Czesiek

 

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice  Sądeckiej Biblioteki Publicznej Dzieci z Przedszkola Edukacyjnego w Nowym Sączu

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice Sądeckiej Biblioteki Publicznej Dzieci z Przedszkola Edukacyjnego w Nowym Sączu

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice  Sądeckiej Biblioteki Publicznej Dzieci z Przedszkola Edukacyjnego w Nowym Sączu

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice Sądeckiej Biblioteki Publicznej

 

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice  Sądeckiej Biblioteki Publicznej Dzieci z Przedszkola Edukacyjnego w Nowym Sączu

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice Sądeckiej Biblioteki Publicznej

 

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice  Sądeckiej Biblioteki Publicznej Dzieci z Przedszkola Edukacyjnego w Nowym Sączu

Zajęcia biblioteczne w Filii Gołąbkowice Sądeckiej Biblioteki Publicznej

EDS na pediatrii w Nowym Sączu – Ehlers Danlos Syndrome Awareness Music Video-Help!

Zwykły wpis

Klikając tutaj: http://wolanka-cojestzazakretem.blogspot.com/2016/11/ehlers-danlos-syndrome-awareness-music.html   przeczytasz tekst.

 

 

 

Poczuć siebie – z cyklu: Opowieści dla Zośki

Zwykły wpis

Mamusia przyszła do przedszkola po Naszą Łaskawość. Nasza Łaskawość, od kiedy zdiagnozowano u niej autyzm, uczęszcza do przedszkola terapeutycznego. Akurat odbywało się badanie diagnostyczne SI w pokoju na poddaszu. Mamusia uchyliła delikatnie drzwi, by w razie czego nie przeszkadzać i… stanęła trochę zaskoczona. Nasza Łaskawość siedziała w wąskiej tubie – całkiem podobnej do tych, w które otula się rury z wodą – ściśnięta jak sardynka w puszce, z tuby zaś wystawała wędka. Mamusia zapytała:

  • Co robisz córeczko?

  • Łowię – odpowiedziała spokojnie nie tracąc koncentracji.

Jakby Mamusia nie widziała.

Krótka opowieść o krowie i skrzynce na listy

Zwykły wpis
Krótka opowieść o krowie

Krótka opowieść o krowie

 

To jest droga w Żegiestowie. Nie ta powiatowa wijąca się malowniczą Doliną Popradu towarzysząca torom kolejowym, ścigająca się ze słońcem na linii granicy państwowej. To jest droga sięgająca w głąb gór, jakby chciała dotrzeć do źródeł Żegiestowskiego Potoku, albo znaleźć koniec świata.

Krowa z tego zdjęcia szła sobie ulicą sama jak na jakiej Ukrainie. No, towarzyszył jej pies. Wyraźnie towarzyszył, nie pilnował. Krowa doszła do skrzynek na listy stojących przy ulicy na rozwidleniu z polnym traktem. (Skrzynki, jak bociany, stojąc na jednej nodze znajdują się za krową, więc są na zdjęciu niewidoczne). Krowa stanęła, powąchała obie pomalowane na niebiesko metalowe pocztowe skrzynki i zwróciła się ku jednej; rozglądnęła się, znów powąchała i stanęła patrząc smętnie. Nie wiem czy czekała na listonosza nie wiedząc, że jest niedziela, czy po prostu przyszła odebrać pocztę. A może to była skrzynka kontaktowa, dla kontaktów wszelakich.

Stałam za daleko, mój aparat długo wczytywał zrobione wcześniej zdjęcie i nie pozwolił mi pstryknąć kolejnego. Podchodząc do krowy prosiłam, by zrobiła to jeszcze raz, by przybrała pozę do zdjęcia (nie, nie odbiło mi, krowa doskonale rozumie, co się do niej mówi), ale popatrzyła na mnie z politowaniem, zawinęła się na tej górskiej drodze z końca świata i ruszyła z powrotem skąd przyszła.

Jak Maleńka Wnuczka książkę napisała – z cyklu: Opowieści dla Zośki

Zwykły wpis

Znana ze swych twórczych zapędów i równoczesnej niechęci do systematycznej pracy, Maleńka Wnuczka pochłonięta była w ostatnim czasie pisaniem książki dla Mamusi. Wiadomo – Mamusia uwielbia czytać i na czytaniu spędza każdą wolną chwilę. Mali Ludzie nie lubią, gdy czyta dla siebie, ponieważ wtedy Mamusia niby jest, niby siedzi w fotelu, ale tak naprawdę jest nieobecna. Najbardziej Mali Ludzie lubią, gdy Mamusia czyta im ich książeczki. To już jest taki rytuał, że gdy Mali Ludzie są po kolacji i po kąpieli i gdy idą do łóżek, to gromadzą się wszyscy w pokoju Mniejszego Brata i Mamusia czyta książkę wyczarowując sny pełne przygód. Kolejka książeczek do czytania jest długa i wciąż się wydłuża, bo kurierzy przynoszą do domu książki szybciej niż Mamusia nadąży czytać, ale to nic. Przecież w każdej chwili można do pokoju wstawić kolejny regał na oczekujące w kolejce książki. No i choć Maleńka Wnuczka nauczyła się już samodzielnie czytać, to bardzo tego nie lubi, bo dużo przyjemniej jest, gdy robi to Mamusia. Ponieważ pisania Maleńka Wnuczka nie znosi bardziej niż czytania, Mamusia była wielce zaintrygowana pomysłem swojej córki. Zdarzyło się Maleńkiej Wnuczce po wakacjach być np. ślepą na linijki w zeszycie i puścić literki wolno tak, że na jednej stronie zmieścił się tylko jeden wyraz. Najbardziej przerażona tą fantazją była pani nauczycielka i nawet zapisała dzielną dziewczynę na zajęcia wyrównawcze, który to fakt Maleńka Wnuczka przyjęła z entuzjazmem, gdyż uwielbia siedzieć w szkole. Zaś Mamusia poszła z dzieckiem do okulisty. Jednak niezależnie od swoich niechęci do systematycznej pracy, plan napisania książki dla Mamusi Maleńka Wnuczka realizowała z pełną odpowiedzialnością i dojrzałością i oto kilkanaście dni, a może nawet i dłużej trwała praca twórcza.

Nareszcie nastąpił moment, gdy Maleńka Wnuczka dopracowywała już tylko szczegóły – okładka, grzbiet itp. wielce się temu zajęciu oddając, kto wie, może nawet bardziej niż pisaniu. No i kiedy uznała, że dzieło jest skończone, przyszła do Mamusi i oznajmiła:

  • Mamusiu, przepraszam, ale mam dla ciebie przykrą wiadomość. Nie mogę dać ci tej książki, którą pisałam dla ciebie. Jest ona tak piękna, że postanowiłam oddać ją do biblioteki szkolnej, żeby więcej ludzi mogło ją przeczytać.

 

Polski Czarny Poniedziałek

Zwykły wpis

Pan Terlikowski, pouczający swego czasu samego papieża Franciszka, proponując wczoraj uczestniczkom czarnego poniedziałku mundur SS-manna, w swym nieCzłowieczeństwie, albo nie wie, albo liczy, że gra na emocjach niedouczonego motłochu, że to Hitler wprowadził całkowity zakaz aborcji, zalegalizował ośrodki „źródła życia” (lebensborny), gdzie z kobiet uczyniono maszynki do rodzenia czystej krwi Aryjczyków, a polegało to na tym, że były gwałcone i po urodzeniu odbierano im dzieci, by wychowaniem ich zajęła się specjalna komórka i, znów gwałcone.

Protestuję dziś przeciwko rządom religijnych fanatyków.

 

Maszkowice – Góra Zyndrama

Zwykły wpis

Stare, na wpół zdziczałe jabłonie, każda rodząca jabłka innego gatunku, rosły na wschodnim stoku Góry Zyndrama w Maszkowicach k/Łącka. (Łącko słynie z sadownictwa). Tylko korony rosnących najwyżej drzew sterczały nieco ponad wygładzoną przed blisko 4. tysiącami lat ręką człowieka powierzchnię góry. Sad nie był ogrodzony. Dojrzałe owoce prawie na naszych oczach spadały na ziemię. Grzech było ich nie popróbować. Jedna jabłoń urodziła jabłka wyjątkowo soczyste i słodkie. Napchaliśmy nimi mój mały plecak i teraz się nimi opychamy, wspominając ten piękny dzień.

Bo tak w zasadzie to dzień miał być nieciekawy. Prognozy zapowiadały deszcz, ale już z samego rana słońce zrobiło maleńką dziurę w chmurach i z każdą godziną dziur robiło się więcej i więcej otwierając bezkres błękitu. Po tym jak drozd zamieszkujący pod naszym oknem wydroździł w swoim trelu zapowiedź radosnego dnia, zdecydowaliśmy się na wypad, ale blisko domu, bo gdyby jednak prognozy miały się spełnić, to żeby szybko można było wrócić. I choć zdaje się, że wokół domu przemierzyliśmy już wszystkie drogi, to okazało się, że nie, że są jeszcze takie, na których nasza noga nie postała. Co prawda o ich odkrywanie starać się muszą archeolodzy, ale nie będziemy marudzić. Toteż bez marudzenia przekwalifikowaliśmy się całą czwórką z turystyki górskiej, następnie z turystyki historyczno-krajoznawczej i turystyki religijnej na wykwalifikowaną i zaawansowaną turystykę głęboko historyczną i archeologiczną. No bo Góra Zyndrama w Maszkowicach, choć średnio zaawansowana w badaniach archeologicznych, to jednak okazuje się cenniejszym wykopaliskiem i odkryciem niż Trzcinica k/Jasła z kręgu kultury Otomani-Füzesabony. Z tego mianowicie względu, że jest to – powtarzam za uczonymi – jedna z najstarszych w Europie, nie licząc terenów śródziemnomorskich, warowni obronnych wybudowanych z kamienia, datowana na ok. 1750 lat p.n.e.


W tym miejscu oddaję głos specjalistycznym opisom i polecam ich przeczytanie, bo w przeciwnym wypadku nic z mojego postu nie wyniknie. Zamieściłam zdjęcia w dużym rozmiarze a w razie, gdyby były i tak za małe, można wcisnąć Ctrl+ i już.

To się dzieje naprawdę.

Z pozostałych ciekawostek, które mnie – niedoszłego, znaczy omc historyka, historyka sztuki mocno zainteresowały to fakt snujących się po okolicy od wieków podań, które mówią, że z tych Maszkowic pochodził słynny rycerz Bitwy pod Grunwaldem – Zyndram i rzekomo na tym wzgórzu znajdował się jego zamek. Pierwszy poważny, bo naukowy poszukiwacz rycerskiego domiszcza pojawił się na górze w 1905 r. Był to, jak podają źródła internetowe, archeolog Włodzimierz Demetrykiewicz z Krakowa, który owszem znalazł i tym samym potwierdził murowane obwałowania i utworzył stanowisko archeologiczne, ale przez całe XX stulecie stanowisko to nie miało szczęścia do badaczy, którzy by się tam mocno zakorzenili i zaangażowali, choć może moja opinia jest dla nich krzywdząca. Może, zgodnie z odwiecznym porządkiem rzeczy wszystko ma swoje miejsce i swój czas i to miejsce i czas należą do doktora Przybyły i jego studentów z UJ? No i do nas – turystów głęboko zaawansowanych historycznie i archeologicznie. W każdym razie, legenda rycerza Zyndrama, który przy wtórze Bogurodzicy szedł do boju z Krzyżakami, zatarła ślady głębokiej historii. A szkoda.

Samochód zaparkowaliśmy u podnóża góry, choć proponowałam, żeby zrobić to przy tablicy, której zdjęcia znajdują się powyżej. Przynajmniej pewien odcinek drogi odbylibyśmy po płaskim terenie, a tak – szliśmy tylko pod górę. Więc, gdy tylko zaparkowaliśmy na skraju leśnej polany skądś wyłoniła się kobieta z dwójką dzieci. Zdążyłam zażartować, że sytuacja jest analogiczna do tej z Szoszorów na Ukrainie, gdzie gospodarze witali nas słowami „job twoju mać, Poliaki prijechały” i Duża Mała Dziewczynka poznała wtedy język ukraiński od najwulgarniejszej strony, toteż od razu nisko kłaniając się, zapytaliśmy, czy można w tym miejscu zaparkować oraz o drogę. Kobieta skierowała nas ku pomnikowi, a stamtąd dopiero do „wykopalisk”.

Pomnik… tak, pomnik potrzebuje opisu, bo znajduje się na południowym cyplu „szczytowego wypłaszczenia” pośród starych brzóz i miejsce od razu rodzi skojarzenia z polem treningowym dla działań komisji. Aha, ale to nie o tym. Wracając do zasadniczego tematu to „pomnik” sławi chrzest Polski i jego rocznice z 1966 i 2016 r., Bitwę pod Grunwaldem i jej 600. rocznicę, Bogurodzicę Bogiem sławieną, no bo jej autora raczej nie, i Jana Pawła II w kolejne rocznice, a wręcz godziny jego śmierci, jego słowa, by nie bać się wypłynąć na głębię, a! i Zyndrama od ziomków. Taka narodowo-patriotyczna polana z równe narodowo-patriotycznym pomnikiem, głazami i krzyżem. No, chyba że krzyż potraktujemy czysto po katolicku, co potwierdza narodowy charakter miejsca. W dodatku pomnik w kształcie czterokątnego słupa, widocznie odnowiony w bieżącym roku, wygląda jakby do niedawna był narodowym Światowidem, bo wyraźne, niezbyt dobrze zatarte są ślady orłów znajdujących się niegdyś na wszystkich bokach.

No i nie, żebym sobie jaja robiła, bo to też się dzieje naprawdę.

Widoki z Góry Zyndrama zapierają dech w piersi, zwłaszcza przy takiej pogodzie jaka nam się trafiła. Jabłka przepyszne. No i ślad mocno zaawansowanych prac archeologicznych. Zapowiada się wielka atrakcja turystyczna, no chyba że stadnina, z której można konie kraść, padnie. No i wreszcie najważniejszy aspekt wycieczki, to możliwość cieszenia się życiem. Radość wniebogłosy.

 

Po kliknięciu w zdjęcie nastąpi przekierowanie na stronę mojego albumu ze zdjęciami. Przepraszam za jakość zdjęć, ale mam chwilowe problemy z aparatem i posługuję się telefonemZ

Łysa Góra ze Świętym Krzyżem i gołoborzem świętokrzyskim

Zwykły wpis

Za ucałowanie tego krzyża i odmówienie „Ojcze nasz” ojciec ś. Leon XIII 02 listopada 1899 r. nadał 100 dni odpustu raz na dzień –

głosi napis na tablicy w przedsionku kościoła parafialnego w Nowej Słupi, w Górach Świętokrzyskich. Na krzyżu odbita czerwona szminka, choć w gruncie rzeczy, jak na ponad sto lat od udzielenia odpustu, to krzyż na granitowej płycie jest niewiele scałowany. Tyle co nic. Może więc za namową proboszcza ktoś zostawił tak widoczny ślad? No nie, proboszcz ma raczej interes, by wierni się u niego spowiadali, a nie jechali na odpuście od ojca św. Leona XIII.

Nowa Słupia przycupnęła u podnóża Łysej Góry. A na Łysej Górze jest Święty Krzyż – bazylika mniejsza, sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego z dość sporym kawałkiem historii chrześcijańskiej i przedchrześcijańskiej Polski. Normalnemu zjadaczowi chleba Góry Świętokrzyskie powinny kojarzyć się z Łysicą, św. Katarzyną, Łysą Górą i Świętym Krzyżem, z gołoborzem, Emerykiem no i z sabatem czarownic. Z czarownicami na miotłach w ogóle. Bo harcerzom kojarzą się z „Szarą lilijką” i innymi piosenkami oraz z rajdami.

Już na początku szlaku od Nowej Słupi w Puszczy Jodłowej stoi stare, butwiejące drzewo. Wygląda jak czarownica, stąd wniosek, że to właśnie czarownica za dnia udająca drzewo. Szeroki szlak prowadzi na górę. Opisany jest na 40 minut marszu (2,5 km), ale z odpoczynkiem i innym popasem nie zajął więcej. Odpoczynek nie był typowym odpoczynkiem, Był raczej kontemplacją na szlaku, choć w tłumie ciężko było kontemplować co innego jak rozmowy pielgrzymów. No bo to nie byli turyści. Prawdziwych turystów w Górach Świętokrzyskich spotkaliśmy w drodze powrotnej – były to dwie starsze (od nas) panie, które zeszły z pielgrzymiego szlaku, by nawiedzić ukryte w lesie na stoku miejsce pochówku 6000 jeńców radzieckich z czasów II wojny światowej, których Niemcy zagłodzili na śmierć w przystosowanych na obóz jeniecki podziemiach klasztoru na Łysej Górze. Tak, to były te dwie starsze (od nas) kobiety i potem jeszcze spotkaliśmy na bocznej ścieżce (przyrodniczej) ojca z niepełnosprawnym dorosłym synem, którzy w towarzystwie pięknego miniaturowego owczarka collie szli właśnie i zachowywali się jak turyści. Więc z tą kontemplacją rozmów pielgrzymów, a nawet ich ubiorów i obuwia, tudzież zapachów, z oglądaniem po drodze tego i owego szliśmy niecałe 40 minut. Był straszliwy upał, bo takie były prognozy, więc ze wszystkiego, co pielgrzymi ze sobą nieśli zapach perfum przeszkadzał mi najbardziej. A już niech sobie te babki chodzą w klapkach, przecież szczyt ma 594,3 m n.p.m. (te trzy dziesiąte po przecinku są bardzo ważne w przypadku tak niskich gór), to im się nic nie stanie; niech chodzą z torebkami przewieszonymi przez ramię i wrzeszczą na dzieci. Niech nawet piją piwo z puszki (byle puszkę zabrały ze sobą) i palą papierosy przysiadając na każdej ławeczce po drodze (a po drodze są same ławeczki, kto wie, może na głównym szlaku jest nawet więcej ławeczek niż jodeł w Puszczy Jodłowej?), ale na litość, niech nie wnoszą do lasu, ba! do puszczy i parku narodowego dusznych zapachów perfum, bo nie tylko inni ludzie nie wytrzymają, ale zwierzęta pozdychają!

To, cośmy dzisiaj przeszli to nie były niewinne 2,5 km tam i z powrotem, bo kiedy spojrzałam na koniec dnia w aplikację w moim telefonie mierzącą trasę i ilość kroków, to okazało się, że zrobiliśmy ponad 10 km. O! Pierwszy raz w życiu na platformę widokową schodziłam w dół. Trzeba było potem wyjść z powrotem pod górę, więc nikomu nic się nie upiekło, ale zawsze to jakaś odmiana, by na platformę widokową zejść, a nie wyjść. No i ta (oczywiście) metalowa platforma to chyba jest większa od osławionego gołoborza z Gór Świętokrzyskich. Jedyne dzieci, które nie były denerwujące dzisiaj to te, które po nas weszły na platformę i – będąc kilka kroków przed rodzicami, więc i pierwsze zobaczywszy rozciągający się z platformy widok – zawołały do wyłaniających się rodziców: – Cały świat stąd widać! Ale nie wiem, czy młodzieniec stojący tyłem do roztaczającego się widoku i robiący sobie selfie też to widział. Tak. Wszystkie pozostałe dzieci pod opieką swoich rodziców lub dziadków, lub i tych, i tych były bardzo denerwujące. Skoro dzieci były denerwujące, to będący z nimi rodzice i/lub dziadkowie byli przede wszystkim denerwujący. Nie pierwsza to w moim życiu konkluzja, że ani kultura, ani turystyka nie powinny być masowe. Dwóch półnagich osiłków z wytatuowanymi torsami, nogami i rękami, w towarzystwie wybranek swojego serca i dzieci, fotografowało się pod figurą Niepokalanej, w grocie na trasie w Puszczy Jodłowej. Obok przechodziła kobieta z mężczyzną odmawiając Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Na kamieniach siedziały dwie, a może i trzy rodziny z wrzeszczącym dzieckiem, które rodzice chcieli poczęstować ciastkiem, a to darło się wniebogłosy, że nie weźmie ciastka dopóki nie dostanie nawilżanej chusteczki do umycia rąk, bo babcia mówiła, że ZAWSZE przed jedzeniem trzeba myć ręce. Inna babcia lamentowała, że nie można zjeść obiadu w jadłodajni w klasztorze, bo sala zarezerwowana jest dla jakiejś wycieczki, a wnuczek jej wtórował, że on bigosu ani żurku na stoisku znajdującym się prawie przy zewnętrznej ścianie bocznej nawy bazyliki mniejszej jadł nie będzie, bo tego nie lubi, a poza tym on chce zjeść właśnie tam, gdzie nie można i w ogóle to on się nie ruszy, bo umiera z głodu. Sprzedawca na straganie z pamiątkami stary, łysy z co drugim zębem, woła za mną: Pani tak fotografuje te czarownice, a jak bym wystawił tu swoją (w domyśle: żonę), to dopiero miałaby pani co fotografować. Choć to Park Narodowy i osławiona w literaturze Puszcza Jodłowa to pod sam kościół można przyjechać samochodem, co skwapliwie uczyniło z 99% znajdujących się tego dnia na Łysej Górze. W bazylice jeszcze większy chaos. Jest Msza św., na korytarzach, przy prowizorycznie ustawionych konfesjonałach spowiadają jezuici, tłumy przedzierają się przez te korytarze, dzieci płaczą albo krzyczą, dorośli przekrzykują dzieci… większość pomieszczeń klasztornych na parterze i w piwnicy zamieniona w lokale użytkowe – biznes kwitnie na całego, nic dziwnego, że gwarno. W sanktuarium jest wszystko – tłum ludzi, sklepy z pamiątkami, dewocjonaliami i książkami, kawiarnia, jadłodajnia, apteka (zapewne z lekami wg receptury św. Hildegardy z Bingen (benedyktynki), płatne toalety, dwa muzea, lody włoskie, dorożki konne, bigos, ciasteczka, żurek, wiatraczki i konie na biegunach, bar z napojami itd. itp. – brak tylko jednego: atmosfery spowitej w ciszę potrzebną do modlitwy… W sumie to nie było jeszcze kapiszonów do strzelania i waty cukrowej… No to byliśmy w krypcie, w której chowano benedyktynów i w której jest udostępnione na widok publiczny truchło – podobno – Michała Korybuta Wiśniowieckiego, przeszliśmy kilka razy udostępnionymi korytarzami, byliśmy w kościele i kaplicy, w której przechowywane są relikwie Świętego Krzyża, w muzeum misyjnym, w sklepie z pamiątkami i dewocjonaliami, zaglądaliśmy do studni na wewnętrznym dziedzińcu, który jest zarazem ogródkiem kawiarni, staliśmy w kolejce po lody (to ta sama kolejka, co po bigos i/lub żurek oraz kawę), siedzieliśmy na kamieniach na placu klasztornym, poszliśmy na platformę widokową, na którą, by na nią wejść, trzeba zejść, chcieliśmy iść do Muzeum Przyrodniczego Świętokrzyskiego Parku Narodowego, ale trzeba było czekać na wejście, a my nie chcieliśmy czekać, Mężczyzna, Który Kiedyś Był Chłopcem poszedł na wieżę bazyliki i zgubił tam zatyczkę do lornetki (do pierwszego wiatru albo ulewy będzie leżała w zaułku miedzianego dachu)… no i tak jakoś dreptaliśmy w kółko, że nabiliśmy na liczniku mojej aplikacji te 10 km. Zapomniałam o najważniejszym! Przecież w korytarzu klasztoru, zaraz przy kościele, są wmurowane liczne tablice, w tym upamiętniająca wybrane trzy osoby z katastrofy smoleńskiej. O tak, tych jest wysyp we wszystkich miejscowościach, które nawiedziliśmy podczas tej podróży, taki wysyp, że nawet Wyborcza i SokzBuraka by nie nadążyły z informowaniem o odsłonięciach tychże, a jedynie słuszna telewizja z propagandą.

Jest jednak na Łysej Górze coś, dla czego warto było tam się znaleźć. To muzeum misyjne w pomieszczeniach klasztornych z przepięknymi eksponatami z różnych stron świata, z kopiami starodruków itp. Prócz eksponatów muzealnych, w przybytku tym zamknięta jest tajemnica wielkiej tragedii, jaka rozegrała się w murach klasztoru podczas II wojny światowej. Niemcy zrobili tam obóz karny dla jeńców radzieckich i zagłodzili w nim na śmierć od 6000 do 9000 osób. O ogromie tamtej tragedii dobitnie świadczą (zrekonstruowane) wykonane w języku rosyjskim, niemieckim i polskim napisy na ścianach mówiące o tym, że za ludożerstwo grozi rozstrzelanie. Dlatego schodząc ze szczytu odnaleźliśmy cmentarz na stoku góry, by zajrzeć w to miejsce. Trudno powiedzieć, że zagłodzeni jeńcy zostali tam pochowani – oni zostali po prostu wrzuceni do dołu wykopanego w ziemi. Cmentarz  obecnie jest w trakcie renowacji. Na monumentalnym pomniku z białego kamienia znajduje się czerwona gwiazda i tak sobie myślę, by nikt nie zechciał jej strącać z owego pomnika.  No to już całkowicie w drodze powrotnej nie szliśmy tym szlakiem, co wszyscy. Wybraliśmy ścieżkę tematyczną, na której były tylko cztery ławki i w dodatku wszystkie w jednym miejscu, więc korzystając z ciszy i pustki położyliśmy się na nich oglądając korony drzew. Te, które były nad nami tworzyły od samej podstawy krąg. Nie było wiatru, więc wszystkie stały nieruchomo i tylko jedna delikatnie się kołysała. Wyglądało, jakby opowiadała coś pozostałym. I tak w pewnym momencie jedna z nich pokiwała się również, ale mniej niż ta gawędząca, jakby odpowiadała na zadane pytanie, albo wtrąciła jakiś mały wątek do opowieści tamtej; sama nie wiem. Prawie nas uśpiły tym delikatnym kołysaniem, choć ono odbywało się wysoko, w koronach otaczających nas jodeł.

Przereklamowane są te Góry Świętokrzyskie. Nie dość, że śmieszą swoją niskością, to Puszcza Jodłowa znajduje się już raczej tylko w opisach literackich, w dodatku natłok mas psuje nawet powietrze, a co dopiero atmosferę, gołoborze marne, czarownice zaklęte w drzewa, sanktuarium zamienione w wyszynk… ot, najwidoczniej harcerze z Kielecczyzny mieli dobrych tekściarzy, którzy napisali tyle pięknych, rzewnych, budujących legendę Gór Świętokrzyskich piosenek.

100 dni odpustu raz na dzień! Ojacie!!!

Góry Świętokrzyskie Święty Krzyż

Góry Świętokrzyskie Święty Krzyż

Kliknięcie w zdjęcie przekieruje do galerii moich zdjęć.

Fiksum dyrdum

Zwykły wpis

Znajoma opowiedziała mi taką historię:

Ich sąsiad z dołu, który miał pecha przez kilka lat mieszkać nad sklepem, do którego wchodziło się przez strasznie trzaskające drzwi, dostał w końcu fiksum dyrdum. Któregoś dnia wyskoczył na balkon i wrzeszczał za wychodzącym klientem: – Musisz pan tak trzaskać? Do pana mówię, co się pan tak gapisz? Pan jesteś poj*&^#y na umyśle.

Jeszcze wtedy nie wiedzieli, że to z umysłem sąsiada jest coś nie tak i szczerze mu współczuli, bo na ich trzecim piętrze nieraz stawali na równe nogi, gdy drzwi w sklepie trzasnęły. Poważnych podejrzeń co do stanu umysłu sąsiada (żartobliwie przyjęto w rozmowach formę użytą przez tegoż) powzięli, gdy pod jego dachem rozpoczęły się awantury; szczególnie niepokojące były te nocne. A już słynna gonitwa sąsiada za sąsiadką (znaczy własną żoną) po parkingu z siekierą i wywrzaskiwane na całe gardło groźby zabicia ściągnęły policję. Po 48 godzinach sąsiada znajomej zwolniono, zwłaszcza, że tłumaczył się załamaniem nerwowym spowodowanym niestabilną sytuacją finansową. Kolejnym stadium powiększającego się fiksum dyrdum sąsiada znajomej stało się zbieractwo i znoszenie do wspólnych pomieszczeń oraz do własnego lokum wszystkich „przyda się” ze śmietników.

Trudno. Sąsiadów się nie wybiera. I nie jest ważne czy to sąsiad znajomej, mój, czy Czytelnika. Przytoczyłam tę opowieść, by podzielić się swoim ogromnym żalem, że pod moim sufitem nie ma choć pierwszego stadium fiksum dyrdum, które dolegało owemu sąsiadowi. Po prostu tak bardzo chciałabym powiedzieć niektórym: – Pani/Panie, Pani/Pan jesteś poj*&^#a/y na umyśle. Bo się o to proszą trzaskając drzwiami głupoty nieopodal mojej wrażliwości, zdrowego rozsądku itd.

Kadysz za tych, co stali się motylami

Zwykły wpis

Sierpniowe dni niosą ze sobą pamięć o tragicznych chwilach z 1942 roku, kiedy to hitlerowski okupant przystąpił do ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. W praktyce znaczyło to przystąpienie do ludobójstwa na masową skalę. Ludność żydowską polskich miast zgromadzoną wcześniej w gettach zaczęto wywozić do obozów zagłady i palić w komorach gazowych. (Wyjaśniam gdyby zajrzał tu ktoś, kto wie o innych rzeczach, a nie wie o tym).

Wędrówka ulicami sztetlu, który zniknął 23 sierpnia 1942 roku, tak jak zniknęli jego mieszkańcy – na jeden rozkaz oprawców, zaprowadziła uczestników na plac miejski vis a vis klasztoru jezuitów w Nowym Sączu. Na plac, którego bruk był świadkiem niezmierzonych ludzkich tragedii, bólu i unicestwienia nadziei, śmierci. Na plac, który był punktem centralnym nowosądeckiego getta. Dzisiejsze zachodzące słońce oglądało zaledwie dwóch żyjących świadków tamtych koszmarnych wydarzeń, którym cudem udało się uniknąć pacyfikacji i wywiezienia w bydlęcych wagonach na pewną śmierć do Bełżca. To Markus Lustig i Moniek Goldfinger – szacowni starcy, którzy na tę rocznicę przyjechali do swojego świętego Sącza z zagranicy. Drżące głosy wiekowych mężczyzn rozbrzmiewające na Placu 3 Maja zamieniły się w płacz chłopców, którymi wtedy byli. Powietrze nabrzmiało od wszystkich ciężkich i bolesnych słów wypowiedzianych przez owych roztrzęsionych wiekiem i emocjami „chłopców” oraz przez organizatorów i zaproszonych gości. Tak nabrzmiałe i przytłaczające rozdzierał śpiew i wezwanie do apelu pamięci, i myśli zgromadzonych…

Zanim zabrzmiał kadysz za wszystkich, których los wyznaczył na ofiary Holocaustu, rabin odśpiewał psalmy. I właśnie wtedy, w chwili, gdy uczony w piśmie zawodził o zstąpieniu do szeolu, spojrzałam w górę, ponad zaułkami podwórek i dachami kamienic, które pamiętają; spojrzałam w niebo i zobaczyłam roje kolorowych motyli. Zobaczyłam, bo usłyszałam szelest przeźroczystych skrzydeł. To byli wszyscy oni. Rozstrzelani, zamęczeni, zakatowani, roztrzaskani o bruk, wywiezieni, spaleni, unicestwieni… To oni w cichym szeleście motylich skrzydeł zjawili się nad spowitym w mroku nocy miastem i przynieśli wieść o swojej szczęśliwości. O wyzwoleniu. O radości.

Do przebaczenia nawoływali żyjący. Do pamięci i ocalenia od niepamięci również.

To bardzo ważne dzisiaj, bo świat stoi na niebezpiecznej krawędzi.

To ważne zawsze. Ważne, by pamiętać, że wojna rodzi się najpierw w sercu każdego z nas.

P.S.

Pani Mario, Panowie Arturze, Dariuszu, Łukaszu – wielkie Wam dzięki za to, że jesteście pochodniami niosącymi światło pamięci.

 

Wakacyjne dzieci

Zwykły wpis

Na stopniach przy witrynie lodziarni siedziały dwie dziewczynki i chłopiec. Nie było przy nich nikogo dorosłego, choć dzieci wyraźnie wyglądały na podstawówkę. Zamiast więc prześlizgnąć się po nich wzrokiem, jak po miejskim krajobrazie, przyjrzałam się bliżej dzieciakom – takie obciążenie. Stanęłam jak wryta, bo jedna z dziewczynek okazała się Klarą. Już miałam zawołać radośnie „Hej, Klara!”, gdy uświadomiłam sobie, że to nie może być Klara, że dziewczynka tylko nosi twarz i fryzurę Klary, bo przecież minęło już tyle lat, że Klara musi być młodą kobietą. Albo przynajmniej wnet będzie.

Tak bardzo mi tęskno za wszystkimi wakacyjnymi dziećmi, które wyrosły z umorusanych twarzyczek, potarganych włosów i głów pełnych marzeń o czekającej tajemnicy. Wiem, że gdyby nie wyrastały, blokowałyby miejsce w kolejce wszystkim tym, które każdego lata zjawiają się w moim życiu i wnoszą tak wielkie bogactwo, że kiedyś, kiedy przyjdzie mi stanąć przed Panem, nie udźwignę radości i dziękczynienia za życie, które mi dał.

Czuwajcie. Nieustannie się módlcie, w każdym położeniu dziękujcie.

Zwykły wpis

W czerwcu 1981 roku przyjechałam do Poznania na obóz wędrowny organizowany przez naszą nauczycielkę geografii. Dojechaliśmy koleją późnym popołudniem. Dotarliśmy do szkolnego schroniska młodzieżowego, zameldowaliśmy się i jakoś zagospodarowali. Po zjedzeniu kolacji, przy schyłku dnia, wyszliśmy na pierwsze zwiedzanie miasta. Tuż przy szkole znajdował się pomnik Powstańców Wielkopolskich, bo budynek stary, szacowny; właśnie stamtąd młodzi powstańcy wyruszali walczyć o polskość w grudniu 1918 r. Profesorka Karwala – moja nauczycielka geografii w szkole postrach, na organizowanych przez siebie obozach najcudowniejszy człowiek na świecie – zaraz zrobiła nam lekcję historii, geografii i wiedzy o współczesnej Europie na żywo. Kto wie, może to od niej udzieliły mi się te zainteresowania? W każdym razie było to dla mnie – opornej na wiedzę wtłaczaną na wykładach w szkolnych ławkach – zderzenie z czymś niezwykłym. Stałam się dozgonną miłośniczką profesorki Karwali, turystyki, krajoznawstwa, historii czerpanej na żywo i geografii z plecakiem, zmęczeniem i wzdymkami na stopach. Nie umiem powiedzieć i już się nie dowiem, czy moja nauczycielka wiedziała dokąd idziemy, czy szła w określonym kierunku i na konkretne miejsce, czy i dla niej było to zaskoczeniem kiedy dotarliśmy w miejsce, w którym rozegrały się znaczące sceny poznańskiego czerwca 56 roku. Może znała cel, choć nie do końca mogła wiedzieć, co nas tam zastanie. Pod osłoną mroku odbywał się apel pamięci i uroczystości rocznicowe. Staliśmy się mimowolnymi świadkami tragicznej historii odgrywanej po latach słowem i pieśnią i odbyliśmy zakazaną lekcję. To było jak zderzenie z murem przy zawrotnej prędkości. Zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Zwłaszcza wywoływanie do apelu najmłodszych ofiar, tablica upamiętniająca młodego chłopca, wiersz napisany specjalnie dla niego, czytany nocą, w ciszy i tajemnicy…

Potem, jeszcze przed ’89 rokiem na jakimś ogólnopolskim zlocie harcerskim, ktoś opowiadał, że będąc dzieckiem uczestniczył w poznańskim czerwcu. Ta opowieść też robiła wrażenie.

 

Tamte czerwcowe dni 1981 r., gdy moja nauczycielka otworzyła przede mną najciekawszy podręcznik – ziemię ojczystą, rozgrywały się w innej epoce, w innej rzeczywistości politycznej. Zanim nastał rok 1989 i jeszcze kilka lat później, czyli zanim zaistniała wolność informacji, żywo reagowałam na każdą wzmiankę o poznańskim czerwcu, o Poznaniu w ogóle, aż wreszcie, gdy wolność rozgościła się na dobre, straciłam czujność. A nie powinnam była.

Pamięci Gosi

Zwykły wpis

1 września 1979 roku – jak stadko gęsi – 32 dziewczyny, stanęłyśmy na początku nowej drogi w naszym, wspólnym od tej chwili, na krótką chwilę, życiu. Gosia wyróżniała się tym, że usta i dłonie miała brązowe od orzechów, którymi objadała się w ostatni dzień wakacji. Przez całe cztery lata siedziała w pierwszej ławce przyklejonej do katedry i niejednokrotnie była punktem zaczepnym dla nauczyciela chcącego wyładować swoje frustracje. Znosiła to zawsze z pokorą.

Potem nasze drogi się zeszły, gdy nasi synowie rozpoczęli edukację w jednej klasie podstawówki. Spotykałyśmy się codziennie. Gosia wtedy opowiadała o swoich przejściach poporodowych. Były niecodzienne, bo z jakiegoś powodu (może dostała krwotoku) przeszła śmierć kliniczną i na kilka tygodni zapadła w stan śpiączki. Najbardziej wrył mi się w pamięć ten fragment opowieści, gdy wspominała krótkie chwile odwiedzin swojej mamy na oddziale intensywnej terapii i informacje lekarza udzielane nad jej łóżkiem, że z niej już nic nie będzie, że się nie wybudzi, że nie ma w niej już życia… Była nieprzytomna, ale wszystko to słyszała. Podobno usiłowała, a nawet miała wrażenie, że daje znać, że jest, że słyszy, żeby tak nie mówili, bo się mylą.

Tak. Właśnie to z jej opowieści zapadło mi najbardziej w pamięci.

W kolejnych latach spotykałam Gosię na ulicy, w biegu. A to była na zakupach, a to w drodze do pracy… Tylko cześć, cześć.

 

W ten poniedziałek Gosi pękł tętniak. Znów trafiła na intensywną terapię. Znów śpiączka. Gosia znów podłączona do aparatury podtrzymującej życie. Ktoś mówił, że w środę miało się zebrać konsylium, żeby zdecydować co robić: utrzymywać przy życiu, czy odłączyć.

Gosia odeszła w środę wieczorem.

A co, jeśli i tym razem słyszała rozmowy nad swoim łóżkiem?

Organizm na łapu capu – Zespół Ehlersa-Danlosa

Zwykły wpis

Jak mnie boli, to boli. Zawsze. Tego aż tak nie czuję. O tym nie mówię. Jak mnie boli i mówię, że boli, to znaczy, że coś się dzieje. Że ból przekroczył granicę współistnienia z odczuwaniem. Więc nie mów mi, że mnie wiecznie coś boli. Bo wiem, że mnie wiecznie boli. Wiem to lepiej od ciebie, bo przecież to mnie boli. Boli wtedy, kiedy mówię i wtedy, kiedy nie mówię. A ty słyszysz tylko wtedy, kiedy mówię. Nie zawracaj mi głowy, że męczy cię wieczne słuchanie o tym, że mnie boli. Zastanów się lepiej jak mnie męczy wieczny ból. Oczekujesz, że stanę przed tobą z uśmiechem i twierdzisz, że mierzi cię moja skwaszona mina. Tak. Rozumiem. Mimo to, nie zaproponuję ci zamiany na samopoczucie, choć wydaje mi się, że dla niektórych nie ma innej drogi do empatii. Nie zaproponuję, ale wymagam od ciebie przyznania mi prawa do tego, bym mogła ten ból wypowiedzieć. Nieraz wypłakać. Skoro i tak nic innego z nim zrobić nie mogę. Skoro jest we mnie i ze mną. A kiedy pytasz, czy wszystko jest w porządku, a ja przytakuję, to nie oddychaj z ulgą. Bo w porządku znaczy to, co w pierwszym i drugim zdaniu. Albo już lepiej nie pytaj. Wiem, czasem, zwłaszcza gdy jesteś lekarzem, musisz zapytać. Ale bywasz też bliskim. Albo po prostu kimś z ulicy. Miej cierpliwość, gdy powoli wchodzę czy wychodzę z autobusu. Nie trącaj mnie na przystanku lub w kolejce do kasy. W ogóle trzymaj się ode mnie z daleka, nie wchodź w moją aurę. Chyba, że chcesz mnie przytulić, bo jesteś kimś bliskim. Nie mów, że jestem hipochondrykiem i nie odsyłaj mnie do psychiatry – moja psychika jest delikatna jak skrzydła motyla, równie wrażliwa jak obolałe ciało i nigdy nie zapomnę ci takiego okrucieństwa. Nie hałasuj przy mnie, bo i tak nieustannie huczy mi w głowie. Czasem potrzebuję obfitości światła, by innym razem preferować jego brak. Do szału doprowadzają mnie wszelkie pulsacje: dźwiękowe, świetlne i inne. Grunt pod moimi nogami nigdy nie jest stabilny, zawsze jest w ruchu, a co najgorsze – za każdym razem przemieszcza się w innym kierunku, oczywiście niezgodnym z moim przemieszczaniem się. Więc nie mów, że jestem chwiejna emocjonalnie, bo moje emocje i ciało dostosowują się nieustannie do chwiejności otoczenia. Jestem więc mistrzem w dostosowywaniu się, a nie, jak twierdzisz, wymagam, by cały świat dostosował się do mnie. Moje ruchy bywają niezborne. Upuszczam coś z rąk, potykam się, wpadam na przeszkody.

Każdego dnia odczuwam ból naderwania kilku więzadeł, przemieszczenia stawów, bóle reumatyczne, różnego rodzaju neuralgie, kolki, drętwienie, mrowienie, palenie itd., itp. Mogłam wyjść, ale nie zejdę. Mogłam dotrzeć, ale nie wrócę. Często nie wyjdę ani nie dotrę. Nie jestem leniwa tylko wiecznie zmęczona. Czasem do nieprzytomności. Mogę z tym walczyć, ale nie zawsze potrafię – nie mam siły, a nie motywacji. Wzrok płata mi figle. Indywidualnie, zależnie od układanki genów mogę mieć problemy z przeróżnymi układami i organami wewnętrznymi. Po prostu wszystko we mnie jest źle zbudowane, bo tkanka łączna, której mam zaburzenia, to taki swoisty klej w organizmie człowieka, który – jeśli jest – skleja wszystko, by działało jak należy, jeśli go nie ma w odpowiednim stężeniu, jest niepełnowartościowy – to wszystko, dosłownie wszystko jest na łapu capu i jako tako.

Konflikt i antynomia jako metodologiczne kategorie funkcjonalno-pragmatycznej koncepcji doświadczenia*

Zwykły wpis

 

Co rano, po przebudzeniu dosięgała mnie myśl, że trwa rozkład, aż pewnego dnia, gdy weszłam do łazienki, wszystko było w należytym porządku. Ściany nie były zryte dla dodania nowej siatki kabli elektrycznych i rur kanalizacyjnych tylko lśniły nowością płytek przywiezionych z magazynu, które w dodatku w sklepie wyglądały dużo ładniej niż poskładane w pudłach na naszym balkonie. Ufff! Nareszcie ten koszmar się skończył, pomyślałam. Tyle tygodni udręki. Remont 1/10 mieszkania, a ruina, jakby cały budynek uległ katastrofie budowlanej. Reszta pomieszczeń niby szczelnie oklejona folią, pod którą trzeba się było przemykać jak szpiedzy z krainy deszczowców, jednak pył budowlany dotarł dosłownie wszędzie. Najbardziej drażnił moje gardło. Gdy tak rozkoszowałam się błogą świadomością, że koszmar remontu się skończył zobaczyłam, że umywalka tkwi na innej ścianie niż planowano i podciągnięto kanalizację. Co jest? Dlaczego ktoś zmienił decyzję i kto? Zanim zdołałam rozstrzygnąć ten problem zobaczyłam Balbinę ślizgającą się po powierzchni nowiutkiej, błyszczącej umywalki, posiadającej jakąś specjalną powłokę, przez którą była droższa niż ta sama umywalka bez powłoki. Im bardziej się ślizgała tym bardziej panikowała wypuszczając pazury, które w mgnieniu oka urastały do rozmiarów szponów, a umywalka z każdą próbą wydostania się z niej kota robiła się coraz głębsza. Kot miauczał, umywalka się pogłębiała, pazury kocie rosły a ja nie tak szybko przestawiłam tor myśli z zadziwienia inną lokalizacją umywalki na znalezienie rozwiązania jak wybrnąć z tej sytuacji. W końcu instynktownie złapałam kota, a ten zamiast być wdzięcznym za ratunek, wbił te pazury we mnie zadając mi ból. Strzepnęłam z siebie kota jakby był pająkiem i pochyliłam się nad umywalką, żeby się przymierzyć do jej nabrzmiałej głębokości i wtedy dojrzałam na tej pięknej, gładkiej powierzchni rysy, które zapewne powstały za przyczyną kocich pazurów. O nie! pomyślałam spanikowana. Przecież to całkiem nowa umywalka. W dodatku ze specjalną powłoką. Intuicyjnie zaczęłam polewać rysy i zadrapania wodą, a gdziekolwiek prysnęła choćby kropla, z umywalki płatami odchodziła gładkość powłoki i działo się to jak na przyspieszonym filmie, w konsekwencji czego robiła się dziura na wylot. Coś tu jest nie tak – pomyślałam, bo myśleć jednak mogłam szybciej niż działać, choć i tak myśli brodziły jak we mgle, więc zanim cokolwiek sensownego wymyśliłam, obudziłam się, w zrujnowanym od trwającego remontu, mieszkaniu.

Ufff! Nareszcie ten koszmar się skończył, pomyślałam. I jakże byłam szczęśliwa, że remont wciąż trwa.

  • Tytuł zerżnęłam z naukowej pracy (nie swojej) ;). Przyznaje się do niego The Peculiarity of Man, nr 16, Toruń 2012, s.8-37

Narodziny altruizmu – z cyklu: Opowieści dla Zośki

Zwykły wpis

Od czasu, kiedy u Naszej Łaskawości zdiagnozowano autyzm, w domu u Małych Ludzi zapanowały nowe standardy wychowawcze, opiekuńcze, życia rodzinnego, społecznego, przedszkolnego itp. itd. Opanowały świat w domu przy polnej drodze, całkowicie zmieniając nawet zasady żywienia.

I tak w widocznym miejscu w korytarzu zawisło kilka tablic korkowych. Na jednej z nich jest rozkład dnia/tygodnia, na którym zaznacza się wszystkie czekające stałe i zmienne punkty nadchodzących dni. Jest też tablica, służąca motywowaniu Małych Ludzi do działania na rzecz siebie i innych, na której zaznacza się osiągnięcia Małych Ludzi w życiu codziennym w przeliczeniu na punkty. Choć punkty nie są punktami liczbowymi a mają symbole świadczące o skali osiągnięcia. Są więc małe, średnie i duże punkty. Jeśli kto z Małych Ludzi zdobędzie odpowiednią ilość symboli (punktów), Mamusia zamienia je na nagrodę rzeczową. Nie jest to żadna forma rywalizacji wśród rodzeństwa, a tylko ma motywować do pracy i każdy z Małych Ludzi zdobywa nagrodę we właściwym dla siebie tempie (łamane przez chęci). Z tym niech Czytelnik nie dyskutuje, bo są to standardy wyznaczone przez pedagogikę dla dzieci z autyzmem.

Któregoś dnia, gdy młodsze rodzeństwo było już w swoich przedszkolach a w domu z Mamusią została tylko Maleńka Wnuczka, Mamusia poprosiła ją by posprzątała w pokoju część swoją i swojej siostry. Maleńka Wnuczka, znana z niechęci do pracy i poszukiwania wymówek wszelkiej maści, byle się tylko wywinąć od obowiązków domowych i szkolnych, odpaliła:

  • Wiesz Mamusiu, nie powinnam sprzątać części pokoju mojej siostry, bo odbiorę jej możliwość zdobycia dużego punktu.

Pokładałam się ze śmiechu, gdy to usłyszałam, bo Maleńka Wnuczka przerosła mnie samą (znaczy mistrza) w dorabianiu ideologii do własnego lenistwa.

Tak proszę Państwa rodzi się altruizm.

 

Z głową w chmurach

Zwykły wpis

Jeśli wierzyć lekarzom, w moim brzuchu dzieje się akcja wszystkich bajek i mitów z rozpuszczonymi wiciami i poplątanymi nićmi. W klinice, w której byłam ostatnio operowana legenda o pajęczynie zrostów w moich trzewiach urosła szybciej i bujniej niż głogowy żywopłot wokół góry z zamkiem ze Śpiącą Królewną. Nawet nie ma kogo zapytać „jak żyć, panie premierze”, bo przecież mamy panią premier. Ale nie będzie politycznie.

No i tak się pewnie stało, muszę odpowiedzieć sobie sama, bo żyłam za bardzo w świecie ułudy i metafory. Stąd to wszystko. Znów rodzi się pytanie, czy to nieodwracalne? No, mojej głowie jest najlepiej w chmurach. Zbyt łatwe są odpowiedzi na te pytania…

Na wizytę w poradni genetycznej czekałam wiele miesięcy i gdyby nie taki to a taki splot wydarzeń, czekałabym jeszcze. Ale w końcu zadzwonił telefon, że już. Czekając budowałam rzeczywistość metafor. Poradnia genetyczna, jako młoda gałąź medycyny, jawiła mi się wielkimi i przeszklonymi poczekalniami i gabinetami, jakimiś futurystycznymi tablicami z nazwą i w ogóle jako coś super hiper nowoczesnego. Toteż zawiodła mnie kartka z drukarki ubrana w koszulkę przyklejona do drzwi na poziomie minus jeden, przy czym na poziomie zero nikt o poradni genetycznej nie słyszał. Znów metafora łamane przez irracjonalny lęk, że to jakaś wielka ściema. No, co? No, pobiorą krew i będą wiedzieli to, co przez pokolenia dręczyło i bolało? Powiedzą, że tak, czy że nie? Może najbardziej i całkiem racjonalnie się bałam, że powiedzą, że nie.

Pobrali krew i nie czekając na wynik powiedzieli, że nie ma wątpliwości, że tak, że na sto procent. Już mi nogi drżały wcześniej, więc teraz była autentyczna radość. Widział ktoś takiego wariata, który cieszyłby się, kiedy mu mówią, że jest genetycznie chory, że jego dzieci są genetycznie chore i następne pokolenia, jeśli będą się rodzić, też będą? No, to można popatrzeć na mnie. A Mama zawsze na mnie krzyczała, że każdy nowy długopis rozkręcam. Dobrze, że tej ciekawości we mnie nie zdołała uciszyć.

Dlatego trzeba walczyć z tymi, którzy wmawiają nam, szczególnie dziś głośno, że chęć zrozumienia drugiego człowieka, pochylenie się nad jego innością czy niedolą, pozwolenie mu być sobą to lewactwo.

To była tajemnica Mamy. I dobrze, choć nie wiedzieć dlaczego, z opowieści o jej domu rodzinnym zapamiętałam tę o młodszym bracie, który potrafił owinąć się kończynami tak, że wzbudził podejrzenia lekarza. Szkoda, że tamten lekarz miał kiepską wiedzę, bo gdyby miał ją na przyzwoitym poziomie, wszystko stałoby się jasne dwa pokolenia wcześniej. I niech mi Wuj mój odtąd nie ma za złe tego, co zapamiętałam.

Dziś akcja baśni i legend zaklętych w moich trzewiach jakoś wartko się toczy. Do bólu wartko.

Ponad obłoki bez Gałczyńskiego

Zwykły wpis

„Jutro popłyniemy daleko…”. Może nawet przeskoczymy lata świetlne. Będzie to jednak podróż bez poezji. Próbka krwi do badania i medyczny raport. Suche fakty. Biochemia wszystkiego, co powoduje „taką urodę”.

Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej

Zwykły wpis

W ogólniaku, przez pierwszy rok, języka polskiego uczył nas nauczyciel, który – rzec muszę oględnie – miał nierówno pod sufitem. Raczej należał do typu łagodnych wariatów, przynajmniej z mojego wówczas punktu widzenia, szkód większych nikomu nie czynił. Mam na myśli szkody moralne, psychiczne. Patrząc na ludzi, którzy „uczyli” moje dzieci, to nasz „Bolek” był prawdziwą poczciwiną. Zagubioną w swoim obłędzie, być może spowodowanym przeżyciami wojennymi. Nigdy nie zapomnę jego wojennej opowieści. W zasadzie była to opowieść o życiu i śmierci. Również o Bogu, a raczej o jego braku. Dziesięcioletni wówczas „Bolek” z krzaków nad rzeką oglądał najstraszniejszy obraz wojny – egzekucję więźniów gestapowskiego więzienia. Zapewne były straszniejsze obrazy, ale „Bolek” straszniejszych nie widział. Potem powiedział sobie, że nie może być Boga ta takim świecie. I chyba nikt nie umiał albo też nie chciał mu wytłumaczyć, że Bóg z okrucieństwami człowieka nie ma nic wspólnego.

Będąc naszym nauczycielem nie wmawiał nam swojego światopoglądu. Wyjawił go tylko przy okazji tamtej opowieści, do której zresztą wracał kilkakrotnie. Kiedy patrzę na całą tę sytuację z perspektywy mojego obecnego wieku, jestem przekonana, że nasz „Bolek” na zawsze pozostał tym przerażonym 10-letnim chłopcem ukrywającym się w krzakach, i do początku lat 80. ubiegłego wieku (wtedy mnie uczył) przywiódł go jakiś mechanizm dzięki któremu jadł, wydalał, żył. Na owo życie składało się belferstwo. Zamiłowaniem i pasją, a także wyuczonym zawodem była muzyka. Uczył nas muzyki i języka polskiego. A nawet był naszym wychowawcą przez jedno półrocze. Chyba niewiele nauczył nas z języka polskiego, ale i tego nie należy brać mu na minus. Jak by powiedział klasyk, który wtedy dopiero stawał się klasykiem: można to uznać za dodatni minus.

„Bolka” często ponosiły nerwy, ale też szybko się reflektował i przepraszał za swoje zachowanie. Bardzo przepraszał. Tak kulturalnie i na tak wysokim poziomie, że dziś już chyba nikt tak nie umie przepraszać. Nasz „Bolek” miał przy tej nagłej swej naturze przypadłość wypełniania rubryk w dzienniku lekcyjnym z ocenami z przedmiotu jak kuponu totolotka. Zdarzało się mi np. być nieprzygotowaną, albo udzielić odpowiedzi innej niż „Bolek” oczekiwał (takiej odpowiedzi wynikającej z przeprowadzenia własnego toku myślenia i analizy myśli, a to nie zawsze było „po myśli” 😉 ), wtedy wołał: – Daję ci dwóję. Masz niedostateczny! Jak mogłaś mnie tak zawieść?! Po czym przy następnym wpisywaniu oceny dla mnie do dziennika przecierał oczy ze zdumienia i pytał: – Kto ci tu wpisał taką złą ocenę? Ktoś mi tu ciągle coś wpisuje do dziennika, ja to muszę rozstrzygnąć. Przecież to nie może być twoja ocena. I skreślał dwóję wielkim krzyżykiem. Wiele dziewcząt było w podobnej sytuacji. Ale bywało i tak, że przyłapał którąś uczennicę (uczęszczałam do żeńskiej klasy) na niewiedzy, a ta miała już jakąś dobrą ocenę, wołał więc w swym szaleństwie: – Skąd tu się wzięły u ciebie, moja panno, takie dobre oceny? Kto mi tu powpisywał jakieś piątki i czwórki? Przecież to nie mogą być twoje oceny, bo ty nigdy nic nie umiesz. I skreślał piątki i czwórki wielkimi krzyżykami.

Myślę, że żadna nigdy nie przejmowała się tymi skreśleniami, ale też nie przywiązywała się zbytnio do swoich dobrych ocen.

Jakkolwiek porywczy był nasz „Bolek”, jak bardzo chwiejny w swojej psychice i szalony w byciu nauczycielem i człowiekiem, chyba nigdy nie przyszłoby mu do głowy skreślić komuś Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej.

Kościół w Libuszy

Zwykły wpis

Zrekonstruowany po pożarze w latach 80. ubiegłego wieku, spłonął w nocy z 1/2 lutego 2016 r. Stał smutny – pusty i zamknięty obok cmentarza, jakby nie mógł się rozstać z tymi, co pogrzebani w ziemi pod najstarszymi nagrobkami i ich przodkami, o których już nikt nie pamięta. Po drugiej stronie nowoczesnego węzła komunikacyjnego stoi nowa, murowana świątynia – zimna w swojej wymowie, bezkształtna, obrażała swoim wyglądem ten relikt czasów minionych.

Czas nieubłaganie upomniał się o swoje.

Znaleźliśmy się tam ostatniego lata. Ostatniego lata, kiedy kościół jeszcze stał. Kilka samochodów z miejscową rejestracją stało na wspólnym dla kościoła i cmentarza parkingu. Na niezbyt dużym cmentarzu można było wszystkich zobaczyć. Jedna rodzina z kilkuletnimi dziećmi wracała da samochodu i mały chłopiec zapytał ojca:

  • Tato, dlaczego ktoś podpalił kościół?

  • Nie wiem, synu. Ktoś, kto tak robi, musi być chyba idiotą – odpowiedział mężczyzna.

Kościół płonął w 1986 roku. Po dziesięciu latach od tego smutnego wydarzenia z funduszu ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego wiekową budowlę zrekonstruowano. Wtedy zniszczenia nie były aż tak wielkie jak obecnie, choć olbrzymie. Cóż jednak z tego, że bryłę zrekonstruowano, skoro wnętrze było nagie? W małych, zarośniętych pajęczyną oknach, przeglądała się rozpędzona współczesność z jednej strony, i milczące zespolenie wszystkich czasów z drugiej. Ponieważ z jednej strony kościół owijała szybkomknąca droga, z drugiej zaś ów cmentarz. Wspomnienie o zarośniętych pajęczyną oknach nie jest krytyką – wszystkie tego typu szanujące się obiekty muszą, po prostu muszą mieć szyby sklejone pajęczą siecią.

Wszystkie informatory kierowały do Libuszy informując o tym, że kościół jest jednym z najpiękniejszych kościołów drewnianych w Polsce. Powstał w 15013 r. Blisko było do niego z Biecza. Było. To najodpowiedniejsze na dziś słowo.

Zawsze zaglądam przez okno do wnętrza drewnianej świątyni. Szczególnie, gdy ta jest zamknięta. Do tej świątyni już nikt nie zajrzy w żaden sposób.

Libusza - drewniany kościół

Libusza – drewniany kościół

Zobacz zdjęcia klikając w zdjęcie.

 

Mój pierwszy protest

Zwykły wpis

Byłam w wieku przedszkolnym, no może wczesnoszkolnym, kiedy po raz pierwszy protestowałam. I to całą sobą.

W Moim Mieście przed naszym blokiem pod trzepakiem znajdowało się coś a’la piaskownica. Na pewno było tak, że pod trzepakiem wydeptana została trawa – dawniej ludzie trzepali chodniki i dywany często, przecież nie było odkurzaczy. W tym wydeptanym klepisku przy suchej pogodzie ziemia wiotczała zamieniając się w pył. Zwykła małopolska gleba. Być może, tego nie wiem, przed kolejnymi zimami administracja osiedla gromadziła w tym miejscu piasek, by służby porządkowe mogły posypywać chodniki. A może któryś z ojców przywiózł trochę pisaku, żeby dzieci miały się gdzie bawić. Tego już dziś nie rozstrzygnę. W każdym razie my, najmłodsi, grzebaliśmy w tej przysposobionej piaskownicy ile wejdzie. Dziś wiemy jak bardzo potrzebna w rozwoju, a nawet rehabilitacji jest zabawa piaskiem.

Któregoś dnia przed naszym blokiem pod trzepakiem zjawiła się kilkuosobowa ekipa budowlana ze stosownym sprzętem: betoniarką, taczkami, piaskiem, cementem, wiadrami, łopatami itp. Mój Brat, w tamtych latach wyspecjalizowany w dokuczaniu swoim młodszym siostrom, wbiegł do domu i rzucił mi w twarz: – Koniec zabawy w tym brudzie, zamurowują wam piaskownicę. I bardzo dobrze, wreszcie będzie można trzepać chodniki w odpowiednich warunkach.

Oszalałam ze strachu. Podbiegłam do okna, wybiegłam na pole (na pole – mieszkałam w Małopolsce), zwołałam koleżanki i kolegów, których była spora armia. Wyszedł jeden i drugi rodzic pytając kto kazał, dlaczego, prosząc żeby się wstrzymać, że chcą wyjaśnić. Ekipa budowlana niewzruszenie wykonywała swoje czynności. Ja się miotałam krzycząc, że nie pozwolę. Pamiętam to wewnętrzne poczucie krzywdy, odbierania mi czegoś ważnego, mojego, niezbędnego, potrzebnego, ulubionego, dającego poczucie swobody, spełnienia, zabawy, radości itp. Miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą spośród grona rówieśników, których było niemało, która tak bardzo odczuwa zamach świata dorosłych na nasze dzieciństwo z jego prawem do zabawy nawet w tej prowizorycznej piaskownicy zbudowanej z dziury w ziemi i suchej ziemi.

Bezradna sięgnęłam po ostatni argument – zadzwoniłam do Mojej Mamy, która była wtedy w pracy. Liczyłam na nią. Nieraz, gdy muszę interweniować w emocje Dużej Małej Dziewczynki mam wrażenie, że jestem Moją Mamą z tamtego dnia…

Znów wybiegłam na pole. Wykrzykiwałam i wypłakiwałam – bo inaczej nie potrafiłam – ten mój osobisty protest, że nikomu nie wolno. Bo to był świat naszych zamków z księżniczkami, przygód kosmicznych, pól bohaterskich bitew, rajdów, podróży i wszystkiego, co pozwalało nam budować wrażliwość i tworzyć wyobraźnię w niekolorowym i nieprzyjaznym dla dzieci świecie PRL-u.

Dziura w ziemi została zamurowana.

Świat stracił nawet swoją szarość. Stał się nieprzenikniony w swej bezduszności, bo umarła nadzieja.

Jeszcze tego samego roku obok trzepaka, za żywopłotem, wybudowano nam prawdziwą piaskownicę. Wszyscy dorośli mówili potem, że to tylko dzięki mnie, dzięki mojej walce i determinacji.

 

Dziś znów protestuję. Taka już widać moja natura.

 

Szaleństwo – EDS

Zwykły wpis

Duża Mała Dziewczynka po ostatnim urazie ma poważny problem. Bardzo poważny. Nawet bardziej niż poważny. Ma niedowład prawej kończyny spowodowany porażeniem splotu nerwu barkowego. Rehabilitant, który stał się wspaniałym objawieniem ostatnich tygodni, Pan M. ma – poparte swą wiedzą i doświadczeniem – wątpliwości, co do całkowitego powrotu do sprawności. Boję się o tym myśleć, więc odsuwam te myśli na razie gdzieś na bok. Ze straszliwą trwogą obserwuję Dużą Małą Dziewczynkę i próbuję zachować spokój na ile to możliwe. Choć jest to ciężka próba.

Trudno powiedzieć jednoznacznie na jakim etapie leczenia jest sprawa, bo przecież wszystko się może zdarzyć. Ręka jest niewładna, choć (na szczęście) SMS może pisać ;).

Za nią jest straszliwy ból spowodowany porażeniem, stres związany z serią zastrzyków, a zastrzyki brała po raz pierwszy w życiu, przed nią żmudna – i co tu dużo mówić – bolesna rehabilitacja. Widząc, z daleka i z bliska skutki urazu, jestem przerażona.

Dzisiaj, w dniu 24 Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Duża Mała Dziewczynka od rana mówiła z rozmarzeniem, że na hali sportowej, właśnie z okazji Finału, można wykonywać jakieś ewolucje na linie i na ściance wspinaczkowej itp. Z uwagi na omdlenia wazo-wagalne i problemy z czuciem głębokim ściankę wspinaczkową już kilka lat temu wyeliminowali z życia Dużej Małej Dziewczynki kardiolodzy ze Szpitala im. Jana Pawła II w Krakowie. Obecna dolegliwość wyeliminowała jakąkolwiek aktywność codzienną, nie mówiąc o fizycznej.

Przed obiadem poszła na siłownię ćwiczyć nogi. Ale to było mało i po obiedzie zameldowała, że wychodzi. Nie powinna chłodzić barku, więc nie lubię, jak wychodzi o tej porze roku, zwłaszcza że czapka i rękawiczki tkwią najczęściej w torebce, zamiast na swoich miejscach. Nie było jej długo. Strasznie długo. Nawet dzwoniłam za nią. Okazało się, że właśnie zbawia świat i wróciła dopiero po kolacji. Kiedy ćwiczyłam jej rękę powiedziała nieśmiało:

  • Pokażę ci, co dziś zrobiłam. Tylko nie krzycz na mnie. Nie zrobiłam nic, co mogłoby zaszkodzić mojemu zdrowiu.

I pokazała mi nagranie w telefonie jak fruwa – trzykrotnie – na tej linie, kilka metrów nad ziemią. Żeby zaczepić się do liny trzeba było wyjść do góry po drabinkach.

  • Musisz to kiedyś zrobić. – Dodała z energią jakiej w niej dawno nie było.

Mówię

Zwykły wpis

Nasza Łaskawość mówi językami. Dlatego potrzebuje wspomagania. Takiego, by ułatwić jej m.in. komunikowanie się ze światem ludzi, którzy posługują się tylko jednym językiem. Nasza Łaskawość mówi zwyczajnym językiem, ale tak trochę inaczej. Przeważnie Nasza Łaskawość się wyraża. Pięknie ujęła to Maleńka Wnuczka, która powiedziała:

  • Wiesz Babciu, Nasza Łaskawość zatrzaśnięta jest w pokoju, do którego zgubił się klucz i my musimy ten klucz znaleźć.

Kiedy Nasza Łaskawość wyciągnęła spod pod choinki piasek kinetyczny, bawili się wszyscy Mali Ludzie, a nawet dorośli.

Były Święta, czas płynął leniwie. Zajęć było sporo: a to czytanie książeczek dla dużych i małych, a to gry i układanki; przeważały zabawy ze scenariuszem Małych Ludzi. Inwencję do tworzenia fabuły zabaw Mali Ludzie mają nieograniczoną. I znów Maleńka Wnuczka wróciła do piasku.

  • Kto buduje ze mną zamek? – zapytała takim tonem, że każdy by miał ochotę. Ponieważ w pojemniku z piaskiem operowało już sześć rączek, przysiadłam obok i obserwowałam poszczególne etapy pracy twórczej.

W pewnym momencie Nasza Łaskawość zaczęła mówić:

  • Hmo hy gho hma hola… – operując mimiką twarzy, gestami i wszystkim innym zdecydowanie lepiej niż językiem, choć do mnie i tak przekaz nie dotarł. Natomiast Mniejszy Brat zawołał: – Doskonały pomysł!

Na co Maleńka Wnuczka zakrzyknęła stanowczo z nutą groźby:

  • Ani się ważcie zburzyć ten zamek!

Nadto

Zwykły wpis

Jest dla mnie oczywistym fakt, że kiedyś wpuści mnie do tego swojego małego, ciemnego mieszkanka, do którego prowadziła sień pełna strachów i boboków, składającego się z przechodniej kuchni i pokoju, które – choć wydzielone z przedwojennego domu stanowiącego całość – dla jej dzieci było szczytem marzeń, a nawet wzniesienia się wyżej w hierarchii społecznej. Przynajmniej dla tego dziecka, które później, po latach, zostało Moją Mamą. Wpuści i już, bo przecież nie ma innego wyjścia. Niezależnie od tego ile jeszcze snów wyśnię stojąc i oczekując sparaliżowana strachem u zamkniętych drzwi obitych skórą.

Tymczasem wyśniłam to, co działo się pomimo. Miałam zjeść własnego kota. Na żywo i z futrem. Nie z głodu, tylko po to, żeby przypomnieć sobie to, czego nie zapamiętałam. Może to nie było do zapamiętania, a ona mówiła tylko dlatego, żeby pokryć zdenerwowanie. A może jednak dlatego, że bardzo potrzebuje rozmowy. Z jakiegoś powodu nie potrafiłam wtedy słuchać. Chyba oddałam się jakiemuś nienazwanemu szaleństwu. I dopiero, gdy na śniadanie jadłam kromki z pasztetem, przypomniałam sobie, że nie potrafiłam zjeść tego mojego nieszczęsnego kota. A ona przedtem opowiadała mi o telefonie, w którym on podawał jej przepis na królika i zwracał uwagę na ważny szczegół w tym przepisie, przestrzegając, że jeżeli go nie uwzględni, to wyjdzie jej kot, a nie królik. I choć byłyśmy tylko we dwie na tym korytarzu nagle zjawił się on. Potem musiał najwidoczniej wniknąć do mojego snu, który – zupełnie nie pamiętam jak się toczył aż do tego momentu, kiedy przypomniałam sobie podczas śniadania. Więc, gdy przeanalizowałam sobie ten sen – cholera! czy ja zawsze wszystko muszę analizować? – to pomyślałam, że może przyśnił mi się on, zamiast niej, która wciąż nie wpuszcza mnie do tego swojego małego, ciemnego mieszkanka, do którego prowadziła sień pełna strachów i boboków?

Już wiem, co dla mnie będzie mogła zrobić ta, która mówiła być może tylko po to, by pokryć zdenerwowanie. W krainie cienia i duchów obędę się bez rosołu. Za to trzeba będzie do mnie wciąż mówić, żebym nie utonęła w tej sieni pełnej strachów i boboków, bo przecież tamte drzwi zapewne będą zamknięte.

Nadto mój telefon zapełnił się wiadomościami, które świadczą, że człowiek może być jeszcze człowiekiem.

 

Dialog

Zwykły wpis

Tak. Jesteś z kimś w jednym pomieszczeniu – sam na sam. Rozmawiacie. O niczym ważnym. Albo o czymś ważnym. Mówisz coś. Prostym językiem. Wyraźnie. Znasz język nieco bardziej skomplikowany, ale na używanie takiego możesz pozwolić sobie tylko w towarzystwie nielicznych – doświadczenie nauczyło cię, by z większością rozmawiać wypowiadając myśli najprościej jak tylko się da.

Guzik.

Ten ktoś i tak słyszy nie to, co mówisz, tylko to, co usłyszał.

Może już lepiej wcale się do nikogo nie odzywać?

Coraz częściej milczę. Są tacy, którzy z milczenia wyciągają wnioski, żem niechętna (im). To nie niechęć. To tylko słowa opadają jak ręce.

Na szczęście są jeszcze tacy, z którymi mogę prawdziwie milczeć. I oni wiedzą, co to milczenie znaczy.

Tak sobie pomyślałam, by na koniec roku podziękować wszystkim. Tym, w których towarzystwie milczę z radością i tym, przy których milczę, bo opadły mi słowa jak ręce. Także tym, którzy w moich słowach słyszą to, co one znaczą i tym, którzy słyszą, co chcą, albo zaledwie potrafią usłyszeć.

Przede wszystkim dziękuję tym, przy których mogę mówić to, co czuję i myślę.

Tym, którzy zrozumieją moje podziękowania, nie muszę tłumaczyć, za co dziękuję. Tym, którzy zrozumieją, co są w stanie zrozumieć – no, trudno. I tak nie jestem w stanie nic innego zrobić.

A śpiewak? Znowu jest sam.

Zwykły wpis

W świetle aktualnej dziennej, a zwłaszcza nocnej rozkładówki wydarzeń i wypadków grzecznie pytam, komu przeszkadzał tamten rząd, a zwłaszcza spokojny żywot, jaki mogliśmy przy nim wieść? Że co? Że niektórzy członkowie rządu zażerali się ośmiorniczkami  na rogu Gagarina i Czerniakowskiej? No, przecież skoro już zostały wyłowione i uśmiercone to ktoś się musiał poświęcić i je zjeść. Przecież ja ich jadła nie będę, bo po owocach morza rzygam jak kot. I proszę mi wierzyć, że podziwiam osoby, które z własnej woli jedzą to morsko-oceaniczne robactwo. Uważam to za szczyt bohaterstwa… że się tak wyrażę: gastrycznego. A że chłopaki poklęły trochę podczas jedzenia? Ja to dopiero klęłam, jak rzygałam! A poza tym to mało się chłopaki nasłuchały, że nie ma już elit w naszym kraju? Zwłaszcza po tym jak ostatnia poległa w katastrofie lotniczej. No to jakim językiem się miały dziarskie zuchy wyrażać? Mało to historia zna szewców bohaterów? No, przynajmniej jednego zna. W końcu szewc to synonim oklętego człeka. No, nie powiem, bo dawno po Warszawie nie chodziłam, ale z tego co pamiętam, to niejeden raz się posłom wracającym z obrad sejmowych dziarski szewc warszawski w oczy z cokołu rzucić musiał. A nawet jakby nie, to ot – po prostu – biedne chłopaki chciały ogólnej opinii sprostać, że tych elit to już nasza ojczysta ziemia nie nosi… Tak źle i tak niedobrze, a biednemu wiatr zawsze w oczy.

A może pani premier poprzedniego rządu sprawiała wrażenie za bardzo płaczliwej? No to jak raz przemówiła ostro, tak co to mogło pójść w pięty, to zaś orzeknięto: kobiecie nie wypada! Co nie wypada? Wypada premierem być, a nie wypada zagrzmieć?
No i co to tam jakieś inne pomniejsze sprawy i sprawki naprzeciw obecnym chryjom i aferom? Bo dziś to nie wiadomo jak się budzić. A jak się już człowiek obudzi i na fejsbuka zaglądnie, to zanim powie cokolwiek, już się staje Adasiem Miauczyńskim i… co by nie powiedzieć: klnie jak szewc. Zawsze to jakaś alternatywa, by imienia Boga nie wzywać nadaremno, ale czy to po bożemu tak brzydkim słowem dzień zaczynać? No, ale jak inaczej? A, właśnie! Teraz to nawet strach na pasterkę iść, a to już za parę dni, o przepraszam – nocy. No bo jak nam błogosławione łono zduplikuje pana prezydenta? Dopiero się narobi! A przecież nadprezes ma tylko dwie ręce do utrzymania marionetek.
W ogóle, panie, bałagan w polityce taki, że nie wiadomo, co robić, a co nie, bo tu okna z jednej strony by pasowało myć, pierogi lepić i po drzewko lecieć, a tymczasem nocą to się nie można od telewizora odkleić, a za dnia to ciągle jakieś marsze i demonstracje zwołują. Panie, a co te zwykłe, głupie ludzie nie wymyślą?! Wystarczy popatrzeć w internet. Sieje się głupota ino dudni. No, bo czy to kto widział, żeby się tak z władzy naigrywać? Z poważnych ministrów, z premiera i prezydenta? Wybranych miażdżącą większością głosów? No, dziś na przykład widziałam insynuacje o błogosławionym prąciu, które go (wiadomo kogo) stworzyło, a każdy mądry wie, że poczęcie takiego świętego człowieka musiało być niepokalane. Ja już to mówiłam na spotkaniu przedwyborczym w kwietniu w Gorlicach, to się mnie dziwnie przyglądano. Albo, wracając do internetu, że klucze pod wycieraczką… Też mi coś, jakby klucze mogły być gdziekolwiek indziej.
A ile insynuacji i nieprawdziwych informacji rozsianych jest na tych ćwierkaczach i fejsbukach?! A przecież nadprezes ma misję odkomunizowania kraju, pozbycia się wszystkich zdrajców – na czele z tymi, którzy w genach mają zapisaną zdradę narodową i wreszcie dokładne posortowanie obywateli na tych co z nami i przeciw nam. Sama znam takich, co tęsknią i z rozrzewnieniem wspominają poprzednią epokę, no to głosowali na partię prezesa i prezes się teraz z nimi rozprawi.
Narobiło się panie tyle, że z jednej strony to już nikt nie wie czy dobrze, czy źle. To znaczy, żebyś mnie pan źle nie zrozumiał, bo z każdej strony wiedzą, i to najlepiej, co dobre, a co złe. A zwłaszcza po tej prawej i sprawiedliwej stronie to wiedzą.
Ale przynajmniej nikt już się wstydzić nie musi, bo tyle co się nasz prezydent nawstydzi, to po prostu odkupi cały narodowy wstyd.
A śpiewak? Znowu jest sam.

Tyrania władzy

Zwykły wpis

Kiedyś w naszym hufcu mieliśmy komendanta wybranego decyzją Zjazdu, w zgodzie z ordynacją wyborczą.  Niespełna 4 dziesiątki ludzi miały uprawnienia do głosowania. Komendant, człowiek chory na władzę, doprowadził do skłócenia środowiska instruktorskiego. Tak. Tego nielicznego środowiska ludzi, którzy znali się jak łyse konie, wiele lat ze sobą współpracowali w różnych, nawet najtrudniejszych warunkach, wykonując społecznie pracę dla dobra najmniejszych. Piękne ideały naszej harcerskiej organizacji dojrzewające od 100 lat pozwoliły wyrzeźbić i nam nasze charaktery. Zdawałoby się sielanka – Prawo i Przyrzeczenie, harcerski krąg, pieśń pożegnalna, bratnie słowo o wzajemnej pomocy…

Komendant reprezentował nas na zewnątrz, był niejako naszą wizytówką, więc siłą rzeczy postrzegano nas przez pryzmat jego kłótliwej, chaotycznej, i – co tu dużo mówić – wrednej natury. Z roku na rok rosła buta komendanta wobec nas – ludzi, którzy oddawali zupełnie darmo swój prywatny czas dla realizacji wielkich celów – dla wychowania młodego pokolenia w systemie określonych wartości a jednocześnie tworzyła się wokół naszej społeczności nieprzyjemna atmosfera spowodowana coraz to gorszym wizerunkiem zewnętrznym.  Od grantodawców z miasta słyszeliśmy, że coraz gorzej jesteśmy postrzegani; ewentualni darczyńcy zamykali przed nami drzwi swoich gabinetów. Jak prowadzić działalność organizacji pozarządowej bez źródeł finansowania? Po zmianach ustrojowych trudno nam było połączyć umiejętności wychowawców i programowców z koniecznością pozostania księgowymi i przedsiębiorcami, tudzież ze znawstwem w wielu innych dziedzinach naszego instruktorskiego działania. Bo każdy drużynowy i instruktor harcerski to taki omnibus we wszystkim. I zaledwie nam się to udało kolejny kłopot, nowe zadanie.

Byliśmy więc źle postrzegani na zewnątrz i do tego skłóceni od środka. Podatni na tego typu działania do dziś nie zauważyli zmiany rzeczywistości, pomimo że minęło już wiele lat od kiedy nie ma tamtego komendanta, i wciąż knują i spiskują. Część ludzi odsunęła się na bok, postanawiając przeczekać; nie wszyscy wrócili, zaś ci, którzy wrócili, wciąż mają z tyłu głowy podejrzliwość. Inna znów część postanowiła pracować pomimo wszystko, by ratować co można – od środka i na zewnątrz. Zdecydowana większość wiedziała, że źródłem wszelkiego zła jest osoba komendanta, ale co innego wiedzieć, a co innego wierzyć w dobre intencje pozostałych, zwłaszcza, gdy było się karmionym propagandą zła i nienawiścią jak chlebem powszednim.  Nie nadużyję mocnego sformułowania, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono…

Komendant miał wsparcie we władzach zwierzchnich. Czasem wydawało się, że może to z nami jest coś nie tak, że to my jesteśmy tym kierowcą ciężarówki na autostradzie dziwiącym się komunikatowi z radia, który ostrzegał użytkowników przed jednym wariatem jadącym pod prąd i komentującym: Jeden? Setki!

Atmosferę panującą wśród  instruktorów doskonale przeczuła młodzież. Ci mądrzejsi – wychodzi na to, że my – ze swej lojalności, nie wciągaliśmy podopiecznych w spory dorosłych. Wzrosła nam młodzież zbuntowana na wszystkich instruktorów. Bunt rozchodzi się jak kręgi na wodzie na coraz to młodszych podopiecznych. Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo, gdzie źródło – młodzi mają przekonanie, że baza to wróg.

Skończyło się kilka wielkich przyjaźni. Wielu z nas nosi rany w duszy i w sercu. Niektórzy urażoną ambicję – całkiem słusznie. Pozostał straszliwy niesmak. Gorycz jak po zapaleniu wątroby.

Najgorsze jest to, że nikt z nas nie podjął żadnych działań, by tę sytuację zmienić, by doprowadzić do odwołania tamtego komendanta. Mieliśmy przecież w ręku takie narzędzie… Choć może gorsze jest to, że patrzyliśmy jak rujnowana jest przyjaźń i braterstwo. Przecież to nie była cudza przyjaźń i cudze braterstwo tylko nasze własne… Czy to, że byliśmy sparaliżowani strachem jest jakimś argumentem obrony? Jak można było pozwolić tak spętać własną wolność i godność, przecież nie wiązała nas żadna umowa, żaden akt, a tylko instruktorska powinność… A może najgorsze jest to, że pozwoliliśmy, by w młodych ludziach zachwiała się wiara w nas (pośrednio w harcerskie ideały), że zburzyliśmy ich bezpieczeństwo i poczucie, że przyjaźń i braterstwo naprawdę istnieją?

W tej opowieści nie ma ani jednego słowa, zdarzenia czy uczucia zmyślonego. To jest naga prawda w skali mikro. Kilkuletnia kadencja szybko mija, tyranów nie wybiera się po raz wtóry. Niestety niesmak pozostaje na długo. A niektórych stosunków międzyludzkich nie da się odbudować nigdy.

Dziady, dziadunie

Zwykły wpis

Doszły do moich uszu informacje, że w niektórych sądeckich szkołach poszły zalecenia, by zrezygnować w tym roku/od tego roku z organizowania zabawy andrzejkowej.

Dlaczego?

Bo skoro wreszcie Polska jest rządzona właściwie, nie będzie się kultywowało pogańskich zwyczajów.

Konstatuję historyczną walkę z takimi gusłami pogańskimi jakimi były dziady. (     ).  < W nawiasie jest miejsce na przypomnienie sobie wszystkiego co wiesz na temat dziadów chociażby z „Dziadów” Mickiewicza. Aż przyszło większe zło w postaci jeszcze bardziej pogańskiej, w dodatku obcego pogaństwa – Halloween. I co? I okazuje się, że nasze własne, słowiańsko-pogańskie gusła są jak kiła dla pacjenta oczekującego na wynik badań w poczekalni ambulatorium, w którym każdy dostaje wynik HIV pozytywny.

Dziady, dziadunie…

Nawet nie jestem córką piekarza

Zwykły wpis

Tamtego dnia pani W. z rejestracji stręczyła pacjentów. Przynajmniej moje myśli po wielokroć doprowadziła  do nierządu.

Tak. Siedząc vis a vis pani W. zmusiła mnie, bym miała sprośne myśli.

Bo pani W. jest odwrotnością przemiłej, uprzejmej, kompetentnej i profesjonalnej pani P.

Najpierw więc, ale dopiero po wyjściu pani P., pani W. apelowała do wyobraźni, a nawet zdrowego rozsądku pewnego zagubionego staruszka, któremu doktor polecił zarejestrować się na konkretny termin, mówiąc:

  • Nie zapiszę pana na ten dzień, bo już jest zarejestrowanych na wtedy X pacjentów. Z panem będzie ponad X i jak doktor będzie w stanie przyjąć ponad sto pacjentów tego dnia, pan wie?

  • Ale doktor mówił, że trzeba… – wtrącił staruszek wykorzystując dłuższy przystanek wymuszony pytajnikiem, którym pani W. zakończyła zdanie.

  • Może i mówił, ale niech pan sobie wyobrazi, jak doktor będzie mógł przyjąć tego dnia ponad sto pacjentów? Nie! Nie zarejestruję pana.

Innego zaś mężczyznę, który poprosił o ksero dokumentacji medycznej zapytała kategorycznym tonem (pani W. w pracy ton ma zazwyczaj kategoryczny):

  • Po co panu ta dokumentacja? Czy pan już zakończył leczenie?

  • Nie, ale…

  • No to po co panu, no po co? No, niech mi pan powie, po co?

  • Bo…

  • Jak pan nie zakończył leczenia i jak pan nie umie powiedzieć, to ja panu powiem: jak pan zakończy leczenie, to pan przyjdzie do mnie i ja wtedy panu skseruję tę dokumentację, bo wcześniej panu i tak nie będzie potrzebna.

  • Ale…

  • No, rozumie pan, co do pana mówię, czy nie? Proszę przyjść jak pan zakończy leczenie.

  • Ale doktor prosił.

Wysłuchawszy jeszcze kilku reprymend udzielonych kategorycznym tonem, postanowiłam ulżyć moim nadwątlonym, zmuszonym do nierządu myślom/nerwom i przesiadłam się w najodleglejszą część poczekalni. Było to możliwe, bo zrobiło się późne popołudnie i tłum zmalał. Utonęłam w lekturze.

Po konsultacji Doktor wyznaczył mi termin następnej wizyty na ten sam dzień, co owemu zagubionemu staruszkowi. Kiedy informowałam o tym panią W. cieszyłam się, że Doktor nie kazał mi równocześnie kserować dokumentacji. Moja radość trwała krótko, bo szybko okazało się, że pielęgniarka asystująca doktorowi pod pozorem poszukiwań zagubionej ważnej części przychodnianego wyposażenia wyszła, ale chyba tylko po to, by wykazać się bezwzględną lojalnością w stosunku do pani W., gdyż po komentarzu tejże podczas wyznaczanie terminu – innego oczywiście niż wyznaczył Doktor – zorientowałam się, że koleżanka bardziej doniosła niż przestrzegła czy pouczyła. Bo oczywiście w pierwszych słowach po wejściu do gabinetu zwierzyłam się ze stręczycielskich zapędów pani W. tamtego dnia.

Doktor postanowił zaszczepić we mnie wiosnę ordynując mi wyciąg z cebulek przebiśniegu, a może sasanki czy pierwiosnka. W zastrzykach w każdym razie. Wiosna wszczepiana przez powłoki skórne pośladka okazuje się być scypiąca i to nawet bardzo. Aż mi się przypomniała alergia na pyłki, która pojawia się u mnie jakimś sobie tylko znanym cyklem – na szczęście nie corocznym – i objawia się łzawiącymi i scypiącymi oczami.

Niezależnie od wszystkiego jesień wzięła świat we władanie. Chodziłam po cmentarzu jak co roku o tym czasie i odnajdywałam wciąż nowe tablice z epitafiami i dostrzegałam coraz to mniej starych, zabytkowych nagrobków. Ludzie zamienili przepiękny, stary cmentarz w skład wygładzonego granitu o różnych kolorach i odcieniach. Odbywam pielgrzymowanie do miejsca wiecznego spoczynku obywateli królewskiego miasta w ramach zadośćuczynienia. Nie mogłam być wtedy, kiedy byli wszyscy i kiedy utarło się bywać, gdyż bałam się tłumu. Zbyt jestem obolała i za mało sprawna, bym mogła zmierzyć się z tak wielką ilością bezmyślnej ludzkiej masy, jaka przelewa się przez cmentarze wszystkich polskich miast 1 listopada. Zwłaszcza doświadczenia ostatnich tygodni kazały mi przedsięwziąć postanowienie, by w ten dzień pozostać w domu. Któregoś dnia idę ulicą powoli. Kolano ustabilizowane mam ortezą, której być może nie widać, bo zlewa się z dolną częścią garderoby, ale zapewne odznaczam się kolebiącym się krokiem. Bardziej niż kolano dokucza mi kręgosłup. W tym czasie cała jestem zbudowana z ran. W miejscu niedozwolonym ulicę po przekątnej przechodzi jakaś kobieta, która wkracza na chodnik tuż przede mną i zachodzi mi drogę; zderzam się z nią. Nie jestem w stanie wyhamować obolałego ciała. Nie znam na tyle fizyki i nie potrafię podzielić i pomnożyć ciężaru, masy, prędkości i dokonać tych wszystkich skomplikowanych obliczeń, ale tak normalnie rozumując nie jest możliwym zatrzymanie ciała wprawionego w ruch. Za kilka dni dokładnie w tym samym miejscu drogę zajeżdża mi samochód – znów wbrew przepisom – parkując na chodniku; natychmiast otwierają się drzwi, tak, że wchodzę w nie, bo znów nie jestem w stanie zatrzymać ciała wprawionego w ruch. Za następnych kilka dni na tej samej ulicy, nieco dalej, inna kobieta, wysoka – jak oficer z wiersza o Grzesiu kłamczuchu – wyprzedza mnie o pół kroku i co robi? I natychmiast zachodzi mi drogę chcąc przejść przez ulicę. Wspominać, że w miejscu do tego nie przeznaczonym? Z moim bólem pewnie nie pasuję do rozpędzonego świata.  Dlatego, gdy pewien lekarz, który ma wprawdzie warzywne nazwisko, ale bardziej pasowałoby, gdyby nazywał się burak, stosuje wobec mnie podczas prywatnej wizyty przemoc słowną, najnormalniej w świecie zaczynam ryczeć. Odbijam to sobie na kolejnym buraczanym lekarzu i mówię mu co o nim myślę, po tym, jak mnie nieuprzejmie i niegrzecznie potraktował (choć i tak daleko mu było do owego, który ma warzywne nazwisko, choć bardziej pasowałoby, gdyby nazywał się burak). Tamten jest zdziwiony i mówi, że dziwne, bo żadna pacjentka mu jeszcze nie powiedziała, że jest nieuprzejmy i niegrzeczny.

  • To nie znaczy, że tak nie jest. Widocznie nie mają odwagi, a mi jej nie brakuje. Odpowiedziałam tamtemu wtedy.

W tym czasie, kiedy cała jestem zbudowana z ran nie mam siły na stręczycielskie zapędy pani W. wobec moich myśli. Nawet nie jestem córką piekarza.

I w październiku niebo bywa pogodne

Zwykły wpis

Każdy październik przychodzi feerią barw, zapachem grzybów i lazurowym niebem. W ślad za tym ciągnie się zapach butwiejących liści i kiszonej kapusty. Idąc wszelkimi drogami musisz uważać na spadające kasztany i żołędzie, by nie pacnęły cię w głowę, bo przecież zaboli. Zabolą również wspomnienia, choć pamięć o nich nie powinna gnębić. Jednak, kiedy zjawiają się z melodią zawodzących wiatrów, mogą tylko boleć. Zamykasz więc oczy licząc na to, że nie zauważą cię i przejdą pomimo, miast tańczyć swój upiorny taniec przed twoją pamięcią. Ale im bardziej zaciskasz powieki, tym mocniej wskrzeszasz widma, przed którymi chciałbyś uciec. Poddajesz się melancholii, a świat chciałby cię uleczyć. Toteż musisz udawać, że masz katar w nosie, a nie smutek w duszy. I wtedy wszyscy pozwalają, byś dał się pochłonąć melancholii. A ty już nie wiesz czy smutek naokół jest samym smutkiem, czy wielką jesienną smutą, którą wnet przywali pierzyna białej nicości – tej, która aż do wiosny będzie grzała twoje niepokoje, by rosły w jej cieple jak drożdżowe ciasto. Jest pewna siła, która nie może stąpać cicho wokół ciebie, nie może stać się niewidzialną. Chce wyrwać cię z odmętu twojej cierpliwej niecierpliwości. Jeśli ją zlekceważysz, toś przepadł – czas momentalnie przysporzy ci lat. O wiele więcej niż kartki kalendarza. Unicestwij więc żałość, nim ona unicestwi ciebie.

Zrób 5 x tak. Albo odwrotnie. Tylko coś zrób.

 

Poza początkiem i końcem

Zwykły wpis

Początek wyraźnie się zaznaczał i nie sposób było pomylić go z tym co przed ani z tym, co po. Nie dziwi więc, że kiedy przeszło się inicjacyjną, niewidzialną bramę początku, pozwoliło się na gorączkę zmysłom. Po pierwszym szaleństwie i upojeniu koniecznym było wejść na równoważnię, bo ileż można płonąć? I choć bardzo się chciało zaznać już jakiejś stabilności, z czasem ten etap stał się zbyt monotonny. Jednak nie było możliwości zmienić toru ani kierunku. Trzeba było podążać od wschodu do zachodu słońca i przeliczać kilometry za pomocą zmieniających się pór roku i następujących po sobie lat. Nikt nie wiedział, gdzie jest koniec, bo koniec w żaden sposób nie został opisany. Ci, którzy już znaleźli się poza nim, zdawali urywane relacje o niejasnych przeczuciach i symptomach, ale zazwyczaj mówili, że współcześni zatracili zdolność dostrzegania tego, co niematerialne. Toteż nawet tym, którzy potrafili wcześniej niż od początku posługiwać się intuicją, wciąż myliło i mieszało się wszystko. Niektórzy mieli wrażenie, że już kiedyś uczestniczyli w podobnych lub nawet identycznych zdarzeniach, ale właśnie w chwili, gdy byli na granicy jasności i odkrycia, pojawiała się mgła znikąd. Czasem był to dym palonych liści jesienią. Ale zarówno mgła, jak i dym powodowały, że zrozumienie się oddalało. Nikło. Zjawiała się za to gorączka z początku. Trzeba było być zaślepionym monotonią równoważni, by nie skojarzyć, że najwyraźniejszą granicą końca była owa gorączka. Dlatego większość przeszła przez koniec nie wiedząc, że to właśnie on. Ja również.

Więc jestem poza początkiem i końcem. Znalazłam się w strefie, gdzie – jak znaki drogowe – stoją sentencje wyrosłe z doświadczenia. Nie wiem czy innym, którzy przyszli tu przede mną, albo po mnie, owo proverbium gra na tę samą melodię. Nie wiem nawet czy muzyka, którą słyszę jest zaledwie preludium do właściwego utworu. Czuję za to, że i poza granicą jest gorączka trawiąca zmysły. Ale ta gorączka nie pali, więc nie spala. Za to pozwala równomiernie odczuwać. Poza początkiem i końcem.

Poranny numerek

Zwykły wpis

Leżę jeszcze w łóżku. Na pewno musi być przed 11., bo mój sąsiad, nie wiedzieć czemu, twierdzi, że sypiam do 11. Tzn. domyślam się czemu. Zapewne, jak większość ludzi, sądzi według siebie. Więc leżę i do moich uszu z klatki schodowej dobiegają męskie głosy. Dobijają wodę do centralnego ogrzewania – przypomniałam sobie treść kartki tkwiącej od kilku dni na drzwiach wejściowych. Nie chce mi się ruszyć, by poodkręcać kaloryfery. Dzięki temu, że nie spłoszyłam ciszy, doszedł mnie odgłos naciskanych dzwonków do drzwi piętro niżej. Ale po co oni chcą się dostać do mieszkań? – zastanawiam się i postanawiam nie reagować. Znaczy leżeć, udawać, że mnie nie ma i nie otwierać. W razie, gdyby zadzwonili i do mnie. Leżę. Wstrzymałam oddech, żeby cisza była idealna. Koty nawet mrugnięciem powiek mnie nie zdradzają – tkwią nieruchome w miejscach, w których zastał ich dźwięk dzwonka, choć zawsze zdążają ku drzwiom w oczekiwaniu na gościa. Dzwonek naciskany ręką pracownika administracji dzwoni uporczywie. Raz. Drugi. Trzeci. Zadzwonił pięć razy za każdym razem chrypiąc przez przedłużające się naciskanie gongu. Przecież po pierwszym razie można się domyślić, że nie należy trzymać palca zbyt długo na przycisku. W końcu daje się słyszeć odwrót dwóch par nóg. Na głos wyjaśniam kotom sytuację. Syn Dzikiego Żbika patrzy na mnie wzrokiem mówiącym: i po co strzępisz język? Przecież nas to wcale nie interesuje. Ociągam się jeszcze chwilę i wstaję. Widocznie jest 11. Zaledwie się umyłam, ubrałam i naciągnęłam na nogę ortezę, rozlega się dzwonek domofonu. Przez jego uporczywość i powtarzalność wiem, że naciska go ta sama dłoń, która kilkanaście minut wcześniej naciskała dzwonek u moich drzwi. Ponieważ mogę się już pokazać ludziom, podnoszę domofon.

  • Jaki to numerek? – słyszę głos pracownika administracji brzmiący głosem wyliniałego kocura.

  • To nie burdel. Pomyłka.

Szydłów

Zwykły wpis

On siedział na ławce, a budynek był cały odrapany. Wydawało się, że ani on, ani budynek nie pasują do tego miejsca, które z drogi dawało zapowiedź niewiarygodnego spełnienia. On zatrzymał się na chwilę, a czas chyba na wieczność uwięził siebie i zdarzenia naokół odrapanego budynku. I chyba już nawet się nie przechadzał wąskimi uliczkami, nie przeciągał i nie wietrzył średniowiecznej stęchlizny. Za to on był w drodze i przycupnął tylko na moment, sprawdzając coś w telefonie. Kiedy już wzrok ześlizgnął się z odrapanego budynku, najbardziej rzucała się w oczy muszla na jego plecaku. Więc był wędrowcem. Pielgrzymem, a nie zwykłym turystą. Ale na muszlę niewielu ma otwarte oczy. Bo większość jest ślepcami.

Gęsta mgła przytłaczała ostatnie dni tego lata do nagrzanej jeszcze ziemi, a czas stał i stał. Nie nucił żadnej pieśni, nie bujał dojrzałych liści, a tylko ze zdumieniem przypatrywał się postępującemu unicestwieniu piękna. Poza ostatnim spóźnionym parafianinem przemykającym się pośpiesznie do świątyni, której dzwony zaledwie umilkły i drobnym pijaczkiem bujającym się w rytmie najnędzniejszego upojenia, nie dało się odnotować żadnego ruchu. Nic tylko stagnacja i nabrzmiewające zdziwienie. Mogło być tak pięknie! Nikt nie spodziewał się spotkania z albigensami, bo każdy zdawał sobie sprawę z nadwyrężenia porównania do średniowiecznego Carcassone, ale też nikt nie był przygotowany na odarcie z oczekiwań wielkimi płatami odpadającego tynku. Jak z każdego budynku, po którym prześlizgiwał się wzrok. Okrągłe uliczki i zaokrąglone ściany przycupniętych wzdłuż kamieniczek prowadziły do jeszcze większego obrzydzenia. Załamana konstrukcja schodów, których zmurszały kamień zapadł się w ziemię kierowała wzrok w stronę zmurszałych drzwi bez klamki, ze zgniłą futryną. I skoro wstęp był nieprzystępny oczy szukały innego zaczepienia, ale tam, w oknach albo świeciło pustką rozbitych szyb, albo pokruszoną falą śmiercionośnego pokrycia dachu. W parkanach spróchniałe deski odsłaniały tajemne wejścia i wyjścia do melin, które niegdyś były domami. Z niektórych kominów snuł się dym, ale tylko jeden był zapowiedzią obiadu, którego zapach wypełzł poza siatkę ogrodzenia. Wszystkie ogrody były tajemnicze, ale nikt nie był ciekawy ich odkrywania. Bezwstydne zwały śmieci wyzierały nawet na świątynny plac świątyni, z której właśnie zanoszono modły do litościwego Ojca. Może kto wymodli wreszcie dla miasteczka dobrobyt, ten który ze snu wymyka się spod pierzyn i puchnąc pod powałami odrapanych domów nie może znaleźć drogi na zewnątrz? Uleciałaby choćby z piekącym dymem z kominów i snuł się po okolicy i pozwalał przytłaczać mgłom kończącym lato, byleby tylko sypnąć czarodziejskim pyłem wokół… Więc świątynia zbudowana z cegły o wymiarach według normy z wieków średnich. I co z tego, że na Jakubowym szlaku? Skoro teren uprzątnięty zaledwie od wejścia głównego, a tam, od tamtej strony, od której ustawiają się w rzędach samochody coś się pałęta – z dala wygląda jak sfatygowany podkoszulek, który się w czasie orgii zawieruszył, ale to zwykła foliowa torebka rzucona na wiatr, zbyteczna po zakupach, które doniosła do kuchni.

Po całym miasteczku czają się niemi świadkowie krótkich chwil, podczas których w mury średniowiecznej warowni wstępuje nadzieja na odmianę. Tajemnica wydarzeń zaklęta w miękkiej lipie z trudem opiera się działaniom  miejscowych watażków, którzy spojeni tanim sikaczem dewastują odrobinę zstępującego na to przeklęte miejsce piękna. I zdaje się, że metoda wychowawcza zastosowana w tym uśpionym miejscu polegająca na tym, by młodzież uczęszczająca do gimnazjum spoglądała podczas lekcji na salę tortur nie przynosi pożądanego rezultatu, bo młodzież tam może się tylko stoczyć, albo uciec stamtąd, a na pewno dziwny ten zabieg wychowawczy nie przysporzy miejscowości porządnych obywateli.

Czyżby nigdzie już piękna nie było? Jest. Owszem. Zaklęte w zapachu w budynku skarbca, który dziwacznym splotem prócz ekspozycji muzealnych mieści w sobie bibliotekę pachnącą dzieciństwem. Chyba, że włodarze miejscowości uznali, że zbiór książek już tylko wystawą muzealną być może…

I jest jeszcze dom modlitw starszych braci w wierze, który magnetyzuje, a siła tego oddziaływania wymaga oddzielnego opisania.

Mgły nie chcą opaść. Zapewne pokonują niewidzialne barykady, ale żadna z ulotnych panien zwiewnych półprzeźroczystych nie ma w sobie siły kolumbryny i nie jest zdolna pokonać klątwy, która najpewniej zawisła nad walącymi się dachami, zapadłymi kominami, zmurszałymi schodami, pustodołami odrzwi i okien tej niegdysiejszej mieściny, która już nawet zapomniała o latach swojej świetności.

Ławka, na której siedział wędrowiec jest pusta. Uciekamy i my, by nie stać się zakładnikami odrapanej, zatęchłej rzeczywistości tego miejsca. Nie szukaliśmy brzydoty. Zawsze szukamy piękna, ale w tym miejscu go po prostu nie ma.

Jak zawsze po kliknięciu w zdjęcie nastąpi przekierowanie do galerii moich zdjęć.
Szydłów wrzesień 2015

Szydłów wrzesień 2015

Dziedzictwo

Zwykły wpis

W tym tygodniu odwiedzam lekarzy specjalistów na o. Tak wypadło. W związku z pierwszymi odwiedzinami wyszłam dzisiaj z domu. Okazało się, że zapomniałam, jak się zachować na ulicy i w innych miejscach publicznych. Np. stałam na światłach, które nie działały. Czekałam. Kiedy mi się wydało, że się zmieniły, ruszyłam. W połowie jezdni zorientowałam się, że kierowcy dziwnie mi się przyglądają. No, co? Kręciło mi się w głowie jak jasna cholera. Od samego leżenia można zgubić mapę ciała, cóż dopiero od leżenia, bolącej choroby. I od bolących zastrzyków.

Nie jestem jeszcze zdrowa, bo głos mi nie działa. Zawsze, gdy mam bolącą chorobę nie działa mi głos.

Nagle wszystko stało się proste. Jakby ktoś otworzył przede mną drzwi, które do tej pory były zamknięte i strzegły tajemnicy, którą bardzo chciałam poznać. Jak z tego snu o Mojej Babci, w którym niezmiennie idę ze strachem ciemną sienią i kiedy dochodzę do drzwi babcinego mieszkania, okazuje się, że drzwi są zamknięte i choć babcia jest w domu nie chce mnie wpuścić, mówiąc: – Idź stąd. Nie możesz tu przyjść. Jeszcze nie teraz. – Więc, Babciu, teraz. Teraz już wiem.

W dzieciństwie, jak każde dziecko, miałam wymarzony zawód – chciałam być lekarzem, ale potem zostałam harcerką i jakoś mi było nie po drodze, by spełnić to dziecięce marzenie. A może ono nie miało się spełnić, bo po prostu było z tej samej serii, co: zostanę strażakiem? Może równocześnie z dziecięcym marzeniem o zostaniu lekarzem, marzyłam, by występować w cyrku. Na pewno równocześnie, bo przecież dzieciństwo jest krótkie, a moje skończyło się wraz z wyprowadzką z Mojego Miasta. Toteż marzyłam, żeby występować w cyrku jako gimnastyczka. Ileż razy widziałam w wyobraźni te ewolucje wykonywane przez siebie pod kopułą namiotu…

Tak. Jestem. Lekarzem. I cyrkowcem.

Skoro się okazało, co się okazało, uczucie, które się we mnie zrodziło, nawet nie jest satysfakcją. Najbardziej to uczucie można porównać do spełnienia. Tak czuje się człowiek, który wykona ogrom pracy, od której nie było uproś i czuje spełnienie z dobrze wykonanego obowiązku. Chciałabym móc tak się czuć, gdy zaproszą mnie na drugą stronę życia.

Bo jestem…

Jestem jak motyl. Przesadnie zmęczona.

Nawet nie mogę pomyśleć, że pomyślę o tym jutro. Bo to jest dzisiaj. Było wczoraj i nawet wtedy, gdy głos małej Rózi ugrzązł na dziesięciolecia w miejscu, w którym przyszła na świat i spędziła (nawet nie wiem czy radosne, czy nie) dzieciństwo. Obraz Rózi, gdy ta była już Moją Babcią, jest jedną z części układanki. Jej skóra – cienka i biała jak pergamin, którą tak lubiłam się bawić, naciągając ją poza granice możliwości. Kolejne obrazy przewijają się jak w kalejdoskopie. Wszystko logiczne i spójne. Wreszcie.

I wtedy się rozpłakałam. Wtedy, gdy echem przeszłości zabrzmiały słowa głupiego lekarza: wyrośnie z tego, po trzecim dziecku jej przejdzie. Choć kilka tygodni wcześniej sama, zupełnie irracjonalnie pytałam Doktora: – Ale to przejdzie, minie…

Nie minie. To genetyka. To mutacja genów kodujących białka strukturalne.

Mama Patryka

Zwykły wpis

„Wiesz, wszystko co się tak naprawdę liczy, to aby ludzie, których kochasz, byli szczęśliwi i zdrowi. Cała reszta to zamki na piasku.”
~ Paul Walker

Mama Patryka. Moja sąsiadka. Najczęściej wymieniałyśmy tylko grzecznościowe „dzień dobry”. Dawniej, gdy dzieci były młodsze, Patryk organizował różne zabawy na podwórku. Sam był wtedy członkiem dziecięcej sekcji zespołu regionalnego, więc zabawy najczęściej były w teatr, bo łatwiej mu pewnie było wyreżyserować przedstawienie teatralne niż przedstawienie za pomocą tańca, jak w zespole folklorystycznym.

Była scena, kotara z narzuty z łóżka, stroje, malowane twarze i oczywiście wspaniale dopracowane role. Czytałam ostatnio książkę Marcina Szczygielskiego „Teatr niewidzialnych dzieci” i jak żywe przywołałam obrazy, które wyczarowywał Patryk na naszym blokowym podwórku. Mama Patryka jakby z pewnym zażenowaniem wtedy mówiła: co z tego mojego chłopaka wyrośnie? Tymczasem Patryk piął się w górę. I dosłownie i w przenośni, bo przez całe dzieciństwo mama Patryka jeździła z nim do kliniki, ponieważ Patryk nie rósł tak jak rośli jego rówieśnicy. Był małym, drobnym, delikatnym chłopcem. I tylko oczy w nim były wielkie. Oczywiście, z tego co było widać oczami. Bo Patryk miał wielkie serce i rozum niemały. Poszedł na studia, robił kilka fakultetów równocześnie. Coraz rzadziej spotykałam go na ulicy, ale kiedyś udało nam się – całkiem przypadkiem – spotkać w mieście akademickim. Zawsze bardzo grzeczny i kulturalny i zatrzymał się i porozmawiał, choć był w drodze na uczelnię.

O mamie Patryka zawsze niezwykle ciepło wyrażała się starsza siostra Patryka. O, ileż ona się naopowiadała o troskliwości mamy, o jej serdeczności, dobroci, dbałości o dom i dzieci.

Kilka lat temu w domu Patryka na stałe pojawiła się babcia, mama mamy Patryka, bo była schorowana i wymagała troski przez całą dobę. Toteż mama Patryka zajęła się matką staruszką pielęgnując ją i doglądając zapewne równie ciepło i serdecznie jak niegdyś swoje dzieci, które tak pięknie o tej trosce potrafią świadczyć tym co mówią i jak żyją.

W miniony piątek rodzice Patryka dokonali czynności pielęgnacyjnych przy całkiem leżącej już babci i tata powiedział, że idzie już spać, bo nad ranem miał wstawać do pracy, a mama powiedziała, że zje jeszcze kolację i też się położy. W domu byli tylko tata, mama i babcia, bo Patryk i jego starsze rodzeństwo są już od dawna dorośli i nie mieszkają z rodzicami. Tak więc, gdy tata wstawał nad ranem do pracy zastał mamę Patryka w kuchni na ziemi.

Odeszła po cichu i nagle. Podobnie jak w swoim czasie „Gargamel”, zostawiła swoje ciało niczym niepotrzebne ubranie.

Nie wiem czy mamie Patryka wiatr często wiał w oczy i prószył w nie piaskiem. Pewnie tak. Pewnie jak każdemu. Czy ludzie, z którymi przemierzała drogę swojego życia byli dla niej dobrzy. Jeśli ktoś nie był dla niej dobry, jeśli nie był w stosunku do niej człowiekiem, to już nie zdąży. Bo mama Patryka odeszła ciemną nocą w świat, do którego bramy są dla nas jeszcze spowite gęstą mgłą.